Jestem

0

Z cyklu: Powiedz to dobrym słowem

Proszę nie czytać tego tekstu przed przeczytaniem poprzedniego. Kolejność ma tu znaczenie. W poprzednim rozdziale piszę o tym, jaką siłę – zdaniem filozofów i mistyków – ma sformułowanie „Ja jestem”, a zatem także samo słowo „jestem”. A co na ten temat powie psycholog?

Czasownik ten występujący pojedynczo jest afirmacją życia, istnienia, bycia. Połączony z takimi przysłówkami jak „wciąż”, „jeszcze” czy „dalej”, powinien dawać siłę do dalszego życia, do podniesienia się po jakimś bolesnym przeżyciu. Kilkakrotne wypowiedzenie tego stwierdzenia z przekonaniem po jakimś doświadczeniu, które mogło skończyć życie, jak choćby wypadek czy choroba, albo po jakiejś wielkiej stracie – majątku czy reputacji – inaczej ustawia perspektywę oglądu danej sytuacji i przez to – daje nadzieję. Uwaga podświadomie przenosi się z tego, co się stało – na nas samych, na to, że wciąż istniejemy, wciąż możemy doświadczać życia – możemy znowu zdobyć pieniądze a nawet odbudować swój wizerunek społeczny, a przede wszystkim możemy znaleźć odpowiednie nastawienie do tego, co się dzieje.

Jest jeszcze inne znaczenie słowa „jestem”, może nie takie spektakularne, ale za to obecne w naszym codziennym życiu i mające olbrzymi wpływ na to jak widzimy sami siebie i jak widzą nas inni. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że przymiotnik postawiony po czasowniku „jestem” może nas na długo zdefiniować w oczach innych. Nie każdy ma czas, ochotę i umiejętność przyglądania się drugiemu człowiekowi i odkrywania jaki on jest. Bardzo często przyjmuje jako prawdę to, co ta osoba mówi i dopóki nie przekona się, że jest inaczej, podświadomie w to wierzy. Często powtarza taką informację innym. Dotyczy to zarówno stwierdzeń przestawiających siebie w świetle pozytywnym jak i negatywnym. „Jestem taka niezorganizowana”, jestem niezdecydowana”, „jestem wybuchowy”, albo „jestem cholerykiem” (jakże często to słyszę) czy jestem „nerwowa”, „nieśmiała”, „niecierpliwa”. 

Jakże inaczej odbijają się w podświadomości innych nasze stwierdzenia typu „jestem solidny”, „jestem obowiązkowa”, „jestem staranna”, „jestem inteligentna”, „jestem zdolna”.

Nie namawiam do przechwalania się ani do ukrywania słabości, o których posiadaniu jesteśmy przekonani, namawiam jedynie do świadomego używania słów. Jeśli sądzisz, że to jest ważne, aby ktoś wiedział, że jesteś bałaganiarą – powiedz to, oczywiście. Albo jeśli komuś przyda się wiadomość, że jesteś niesolidny – zwierz mu się z tego. Warto jednak zdawać sobie sprawę i z tego, że to co wiemy na własny temat niekoniecznie jest prawdziwe. Jako trener, mentor i – jak to się teraz nazywa – life coach, często słyszę na przykład, że ktoś jest taki lub inny, podczas gdy moje rozmowy z tą osobą, czasem wyniki kwestionariuszy i najczęściej również życie, pokazują zupełnie co innego. Dlatego pamiętanie tego, że słowo „jestem” ma moc, może spowoduje, że z większą rozwagą będziemy podchodzić do dawanych sobie etykietek.

Może nawet bardziej istotne niż to, że nasze słowa zapadają w podświadomość innych, jest to, że zapadają także w naszą podświadomość i przy różnych okazjach wynurzają się w świadomości. Często powtarzane stają się częścią naszej tożsamości. Czymże jest bowiem tożsamość jak nie treścią, jaką niosą słowa następujące po „jestem”?

Jestem DDA – oświadcza mi zaraz na początku rozmowy mniej więcej co piąta osoba. Osobom, które nie znają tego skrótu, wyjaśniam, iż to organizacja Dorosłe Dzieci Alkoholików pracująca w podobny sposób, jak znana wszystkim organizacja AA. Okazuje się jednak, że tak naprawdę to wujek był ponoć alkoholikiem, a ojciec popijał, jednak dbał o rodzinę i nie był agresywny. Na marginesie: Zastanawiam się czasem czy moje pokolenie w całości nie powinno chadzać na spotkania DDA, wszak w mało którym domu nie piło się alkoholu w sposób, który dziś uważa się za patologiczny. I taka kobieta stwierdza, że jest DDA… po to trochę, aby wyjaśnić, dlaczego przychodzi do mnie z problemami, o których zaraz usłyszę. Tym stwierdzeniem się usprawiedliwia… zupełnie niepotrzebnie, bo w gabinecie psychologicznym nikt nie oczekuje usprawiedliwień.  Nie wie jednak, że jestem to słowo, które nas definiuję i mówiąc w taki sposób o sobie, daje sobie pewien stygmat, który może później blokować jej poczynania. Nie warto tak o sobie mówić. Staje się to w końcu naprawdę częścią naszej rzeczywistości.

Skoro już o organizacjach pomagających ludziom uzależnionym, to zaczynanie swojej wypowiedzi od słów „Jestem XYX i jestem alkoholikiem” również nie jest – z tego, co ja wiem o roli słów – właściwe, ponieważ utwierdza ludzi w nałogu, wzmacnia go niejako. Czyż nie lepie byłoby powiedzieć – „Jestem X i jest trzeźwy od wczoraj, 47 dni, czy pięć lat”? Zdecydowanie lepiej. I w wielu miejscach już się tak mówi.

A co dobrego robią określenia typu „jestem wściekły”, „jestem załamana”, „jestem zdruzgotana”? Dobrego nic… choć niektórzy psycholodzy zachęcają do tego, by dawać wyraz swoim uczuciom, nazywać je. Jednakże owo nazywanie prowadzi zwykle do wyrażenia typu „jestem jakiś”. To oczywiście pogłębia odczuwanie danej emocji… a pytanie czy o to chodzi? Trzeba być w kontakcie ze swoimi emocjami, trzeba wiedzieć co się czuje, ale jeśli nie są to emocje pożądane nie wydaje mi się, aby należało jej wzmacniać.

I jeszcze jedno często używane wyrażenie – „jestem chory”. Kiedy mówimy w taki sposób niemal odbieramy sobie zdrowie. Możemy mieć tylko kaszel czy katar, może boli nas gardło albo mamy gorączkę… jak inaczej brzmią te poszczególne objawy. A chory? Toż to niemal określenie stanu, w jakim się znajdujemy, to dotyczy całości organizmu. Od jakiegoś czasu miewam różne dolegliwości i gimnastykuję swój umysł, aby mówiąc o tym, jak się czuję, nie uogólniać na całość swojego funkcjonowania. Robię tak, bo wiem, że to na pewno nie doda mi zdrowia. „Nie czuję się dobrze”, „czuję się niedobrze”, „mam gorączkę” czy jakieś inne objawy… to wypowiedzi, które mnie nie określają, one jedynie wspominają o moich dolegliwościach. A co z „cholerykiem”? Powtarzanie tego, że się nim jest oczywiście wzmacnia niekontrolowane wybuchy złości, ale dodatkowo zwalnia z odpowiedzialności za swoje zachowanie, przenosząc je na bliżej nieokreślone mechanizmy biologiczne opisywane prze różne wersje teorii humoralnej. Osoba nazywająca siebie cholerykiem rzadziej przejmie kontrolę nad swoim zachowaniem niż ktoś, kto powie – „obserwuję u siebie niekontrolowane wybuchy złości”.

Tak, w słowie „jestem” jest moc. Dlatego warto z rozwagą sięgać po słowa, które po nim następują. Serdecznie zachęcam do przećwiczenia tego przez nadchodzący tydzień. Takie ćwiczenie zwiększy jednocześnie naszą uważność. A zatem dwie pieczenie na jednym ogniu.

Iwona Majewska-Opiełka

•••

Zbiór felietonów z poprzedniego cyklu „Lepsze życie” ujęty jest w e-book „Życie jest sztuką” i można go można kupić tutaj https://www.majewska-opielka.pl/sklep/

 

Poleć:

O Autorze:

Iwona Majewska-Opiełka

Iwona Majewska-Opiełka. Psycholog, trener, coach. Stworzyła własny model rozwoju osobistego. Napisała 25 książek, a każda z nich to pasjonująca rozprawka na temat istotnego wymiaru ludzkiego życia. Najnowsza książka to „Najważniejszy związek czyli mądra miłość do siebie”.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.