… dla koni, nie dla artystów 

0

Z cyklu: Z 8. piętra

Dzień dobry, dziś mam nadzieję, będzie mało politycznie. Po wczorajszych opolskich protestach pod sądem z coraz większym udziałem sędziów obok nas, obywateli, którzy nam tłumaczą, dlaczego niezgodne z prawem są stawiania sędziów przed rzecznikami dyscyplinarnymi za zwykłe, tylko nie w tych politycznych konstelacjach, pytania, szykuję się do krótkiego urlopu. Co prawda, także w kraju z coraz większą dyktaturą, bo w Turcji, ale planuję przyjrzeć się sprawom bardziej z bliska, rozmawiać, bo to urlop także z Turkiem, którego mamy od roku w rodzinie, z Alperem, jego żoną, moją siostrzenicą i z moją Mamą. Długo nie mogła zapamiętać jego zapamiętać jego imienia, długo nazywała go „Lepper”, ale Alper się tylko śmiał, bo „kochana babcia”. Liczę na jego tłumaczenie nam napotykanej rzeczywistości. 

Moje kolejne w tym roku spotkanie z muzyką Adama Makowicza, tym razem także w ekscytującym towarzystwie jego żony, Joanny, prywatnie świetnej skrzypaczki. Jadę do katowickiego klubu muzycznego Garage z moim mężem. Wyrósł jazzowo m.in. „na Makowiczu”. Miał przez cztery dekady „czarną” płytę Makowicza, ale po przeprowadzkach nie może jej znaleźć. Przyjaciel przyszedł na ratunek, dał na dwie swoje, identyczne płyty z 1973 z prośbą o autograf: jedna była słuchana aż do zdarcia niemal, druga była „for show”. Ta zmęczona słuchaniem przypada nam w prezencie. Cudownie, cóż tam za zdarzenia muzyczne… „Jedna z najlepszych płyt z serii Polish Jazz. Nagrana z “Małym” Czesławem Bartkowskim. I tak też ten UNIT powinien się nazywać: Makowicz/ Bartkowski… Tylko fendery pana Adama i perkusja pana Czesława, nic więcej. Majstersztyk!”

To radość mojego dnia, ale lekkim smutkiem napawają mnie wydarzenia właśnie nie muzyczne, bo te muzyczne podczas XI Konkursu im. J. Paderewskiego w Bydgoszczy były, jak słyszałam i czytam, wysokiej próby. Niemuzyczne, bo dotykające zawsze niezadowalającej kwestii głosowań, ustalania werdyktu, powodują, że ci którzy się muzyką nie interesują, słyszą nagle, że jest taki konkurs, takie międzynarodowe wydarzenie w Polsce. I to już od 1961 roku. 

Jeden z cenionych już młodych pianistów, Rosjanin, Siergiej Bielawski formułuje wobec jury konkursu zarzuty nieprzejrzystości, powtórki głosowań, jak – nie przymierzając – w polskim sejmie. Niemniej zasady głosowania nakazują, jeśli „remis” w głosowaniu nie pozwala ustalić zwycięzcy, podjąć kolejne głosowanie. Tak wyglądało w przypadku Bielawskiego i Filipa Łynowa. W drugim, regulaminowym głosowaniu zwycięża 5 głosów do 4 właśnie Łynow. Rozczarowanie Bielawskiego jest zrozumiałe, bo w kuluarach, jak pisze w swoim oświadczeniu pianista, dowiedział się o swoich szansach na pierwsze, potem na drugie miejsce. Jak powiedział Bela Bartok, wielokrotnie przy tych okazjach cytowane zdanie „konkursy są dla koni, nie dla artystów”. Jak zwykle w takich sytuacjach przegrywa muzyka, ona powinna być głównym tematem dywagacji, niesmak pozostaje. 

Szkoda, że brakuje pianistom, artystom zaufania do jurorów, do starszych kolegów bardzo często. I że nie znają zasad głosowania, choć przede wszystkim powinni się zajmować swoją formą, swoimi emocjami związanymi z muzyką, atmosferą na widowni. Z jeszcze innej strony mogę zrozumieć psychicznie rozstrojonego pianistę Bielawskiego, który znał poziom swojego występu i liczył na wysokie miejsce, nie na wyróżnienie, że w odruchu buntu, ale też w poczuciu, że może ze zdenerwowania „położyć” występ, odmówił zagrania swojego programu. Takie demonstracje, takie protesty moim zdaniem są prawem artystów. Oczywiście, jesteśmy wściekli jako publiczność, bo mamy bilety i szykowaliśmy się na ten wieczór, a tu … ale podobnie „wypinają się”, zrywają terminy muzycy rockowi, bywają pijani albo mało przytomni, czemu więc człowiek we fraku, przy Steinwayu nie ma prawa powiedzieć „całujcie mnie”, nie podoba mi się, jestem zły, rozczarowany. Potem przeprasza zresztą za to. Oczekujemy zwłaszcza od muzyków klasycznych tzw. dobrych manier, Ordnungu, a to są osobowości, ambicje, uniesienia. Ta sytuacja tylko pokazuje prawdziwość emocji, choć stawianie wieloletnich przygotowań, orkiestry, widowni wobec dictum ryzyka – Wystąpi? Nie wystąpi? nie jest oczywiście łatwo akceptowalne, jest nieodpowiedzialne itd. Stało się. Świetnemu artyście wiele się wybacza, staje się po jego stronie. 

Niemniej, poważne zarzuty to już inna para kaloszy. Tu trzeba mieć argumenty, nie odczucia, bo wówczas krzywdzi się markę, efekt pracy wielu ludzi, ale także starania, by transparentność była zachowana. Poczytałam skany głosowań XI Konkursu, nie widzę nieprawidłowości. Głosowanie i wybór to zawsze jakiś kompromis, nawet nieuświadomiony, Trudna jest rola oceniającego i ocenianego. 

… dla koni, nie dla artystów. 

Tej to po poznańsku zwrot „ty!”.  Tey-a pamiętamy jako nazwę kabaretu Zenona Laskowika. Tej to także opera, właściwie opyra. Po poznańsku, w gwarze. Młody kompozytor, Jerzy Fryderyk Wojciechowski, mówi, że opyra jest wynikiem jego przywiązania do Poznania, a mówi to w gwarze. Nie znam poznańskiej gwary, poza tej, wiara (ludzie, kumple), z wakacji spędzanych dawno temu w Gnieźnie. Wojciechowski i jego znajomi muzycy, śpiewacy chcą w taki sposób ratować tradycję, lokalny folklor, język i jego muzykę. Nie znam dzieła, było wystawiane w 2014 w Poznaniu na świeżym powietrzu, dla każdego. Teraz artyści chcą dokonać nagrania opyry. Piękny pomysł! To jest patriotyzm. Lokalny i szczery. Życzę im powodzenia i zebrania brakujących środków. Aaa, znam słowo tytka, torebka papierowa. No to ja się już uskromnię, czyli po poznańsku „wyciszę” i udam się na urlop, czyli biorę szkity za pas i wszystko będzie rychtyg

Będę się manygować przez ponad tydzień…

Beata Dżon Ozimek

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.