Viva, Halka!

3

Z cyklu: Z 8. piętra

Od 15 grudnia słychać i widać „Halkę” Stanisława Moniuszki w Wiedniu. Od dwóch lat zaplanowana w repertuarze, pojawiła się na deskach wciąż nowej opery wiedeńskiej, Theater an der Wien, który swoje deski sceniczne oddał wyłącznie operze w 2006 roku. 

13 grudnia pełen publiczności teatr odkrył nam „Halkę” w reżyserii Mariusza Trelińskiego na otwartej próbie generalnej. To dla polskich melomanów było długo wyczekiwane wydarzenie, autobusy polskiej publiczności zjeżdżały na kolejne spektakle z różnych miejsc, polonijni melomani albo snobujący się na nich, uznający, że tym razem w operze to trzeba się pokazać, bo Moniuszko, bo Piotr Beczała i Tomasz Konieczny, bo „nasze” na scenie, także w teatrze-operze się pojawili. 

„Wiedeń zdobyty!” ogłosiła Jaga Hafner, redaktorka Jupitera, magazynu kulturalnego wydawanego od lat w Wiedniu. Hafner wymyśliła ze dwie dekady temu nagrodę Złote Sowy Polonii, polonijne Oscary, jak ładnie zwykło się o nich mówić, jedną z nich bodaj w 2012 otrzymał tenor, znakomity śpiewak i uroczy człowiek, Piotr Beczała. I, jak bywa z przyzwoitymi ludźmi, teraz, kiedy jako główna gwiazda, ojciec-sprawca tego wydarzenia, bo siedem lat zabiegał o Moniuszkę, „Halkę” w Wiedniu, pamiętał o skromnej redaktorce polonijnej. Otóż zaprosił on Hafner na próbę generalną, otwartą dla publiczności, rodzaj przedpremiery, po której obowiązuje milczenie na temat przedstawienia aż do odbycia się premiery. Starsza pani, jak przyznała, kiedy odczytała maila, myślała, że „spadnie z krzesła”, z powodu właśnie tego, że ktoś pamięta, ktoś formatu jednego z największych, najwspanialszych tenorów świata, o redaktorce polonijnej, cieszącej się każdym sukcesem polskiego śpiewaka, polskich artystów. Z własnej inicjatywy napisał, zaprosił. Ooo, dzisiaj nieczęste nawet pośród przyjaciół, bliskich znajomych dowody serdeczności i pamięci, tym samym bardzo zapadający w serce gest pana Beczały. Wspaniałym śpiewakiem, mistrzem w swojej dziedzinie można być, ale jeśli temu towarzyszy człowieczeństwo, ludzkie ciepłe odruchy, nie zagubione po drodze na szczytach kariery światowej, to jest to zwyczajnie piękne. A ja w duchu sobie powtarzam, fajny chłopak z Czechowic-Dziedzic, trochę Ślązak, trochę góral, jako że sama katowiczanką, pierwszym pokoleniem Ślązaczki jestem, moje serce także zawsze bije mocniej w takich sytuacjach. Panie Piotrze z Małżonką, Panią Katarzyną, wyrazy szacunku dla Was za pielęgnowanie niezwykłej dzisiaj normalności w ludzkich relacjach. 

„Halka” jest nowoczesna, współczesna, z wieloma kontekstami czytelnymi dla Polaków, pamiętających kwitnący PRL, okulary Cybulskiego, drogi bar w Kasprowym w Zakopanem (sama pamiętam luksusowe panienki tam, wytwornego barmana, kosmiczne ceny, swoje jako wczesnej nastolatki zadziwienie miejscem oraz to, że barowe ładne kurwy chciały pobić moją piękną matkę i jej koleżankę, które bawiły się przy barze i w tzw. piekiełku, bo uznały je za przyjezdną konkurencję! Dobrze, że tato załatwił sprawę), ale te konteksty są nie-Polakom niepotrzebne, bowiem historia Halki, dziewczyny wykorzystanej, porzuconej, z innych sfer jest uniwersalna, poruszająca, konflikty są od tysięcy lat te same – miłość, pieniądze, zależności, duma, honor, siła i bezsiła kobiety. 

Na scenie biało czarno, srebrno czasami, mrocznie, onirycznie, przejmująco. Konsekwencja w kostiumach, epoce, stylistyce, biało-czarne motywy, w każdym stroju odmienne. Nie ma góralskości, nie ma kanonu „na gór szczycie”, nie ma kontynuacji tradycji Leona Schillera na scenie. Jest ludzki dramat bez cepelii. I jest wspaniała muzyka, która wreszcie nie ma tła landszaftu, mówi sama sobą i głosami przejmujących wykonań Piotra Beczały i Tomasza Koniecznego, którzy porywali, poruszali widzów, słuchaczy swoimi wielowymiarowymi postaciami.

Austriaccy widzowie wiedzieli, że idą na coś innego niż Beethoven, Rossini, Mozart czy Alban Berg – tego rodzaju muzyka jak ta Stanisława Moniuszki po raz pierwszy była ich udziałem. I dali się jej uwieść, porwać, poruszyć. Słuchali jak muzyki, a nie jak jakiegoś „symbolu opery narodowej”. Przyznawali się do zachwytu, przyjemności, przeżycia. Mówili to np. w przerwie, dla niektórych „przerwie papierosowej” podczas spektaklu, co sprawdziła sama paląc i rozmawiając także Jaga Hafner. 

Udało się upartemu Star-Tenorowi Piotrowi Beczale przekonać szefostwo Theater an der Wien do realizacji opery, a partyturę „Halki” pokazywał w świecie wielu, przekonując, że to wspaniała muzyka i historia uniwersalna. Razem z polską Operą Narodową w reżyserii cenionego w świecie Mariusza Trelińskiego zaplanowali realizację i… do dzieła. Premiera miała miejsce 15 grudnia, ostatni spektakl w Wiedniu – 31 grudnia, czyli „Halka” zamyka ten kalendarzowy rok na scenie Theater an der Wien. Bilety wyprzedane były na wiele tygodni przed premierą, pojedyncze jeszcze można kupić na sylwestrowy wieczór. Rozmowy z naszymi operowymi gwiazdami, „naszymi” to umowne – polskimi śpiewakami, gwiazdami scen na całym świecie, Beczałą i Koniecznym pojawiały się w różnych austriackich tytułach prasowych, obaj uwielbiani tutaj, fetowani, zbierający frenetyczne brawa, znakomici aktorsko, sprawni. Bo realizacja Trelińskiego z ruchomą, kręcącą się sceną jest wymagająca – trzeba w sekundowych taktach znaleźć się w odpowiednim miejscu, nie ma tam śpiewających pomników.

Zgoda, pani Hafner: „Halka” podbiła Wiedeń. To o tyle ważne, bo pokazuje, że 170-letnia opera, pisana w określonych historycznych uwarunkowaniach dotyka i obchodzi nas dzisiaj, że warto rozebrać ją z tego kostiumu pełnego kurzu, przyzwyczajeń realizacyjnych, do których usiłuje się dopisać sztucznie nowe interpretacje, jak uczyniła to Grażyna Szapołowska, która niczego nowego nie wycisnęła, a raczej mocniej wcisnęła w góralskie ramy biedną „Halkę” i ją tam przytrzymała. Rok temu, w Operze Wrocławskiej.

U Trelińskiego aż chce się iść na ten pełen obrazów, ruchu, a i przemocy, zmagań o wysokiej temperaturze spektakl. Aż się chce zrzucić kulturowe polskie filtry obciążające muzykę i realizacje Stanisława Moniuszki. Dla mnie to chyba, poza przyjemnością obcowania z solistami wielkiej klasy, świetnym zespołem, chórem, pracą dyrygenta Łukasza Borowicza, najważniejsze dokonanie na materii opery „Halka”. To dobra opera, a nie opera narodowa. I fajnie jest, kiedy chcą jej słuchać melomani nie tylko polscy. A o to chyba chodziło Piotrowi Beczale, by wyprowadzić Moniuszkę spod wiernych polskich strzech a wprowadzić na salony, pod inne dachy. Sam Moniuszko pewnie by też nie miał nic przeciwko.

Zdjęcia

Jaga Hafner

 

Rysunki do felietonów Beaty Dżon Ozimek – Jan Bartoszek Bajan, TUTAJ jego biogram

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

3 Comments

  1. Mogę się tylko pokłonić i wymienić radość spotkania z Tobą i Twojego wspaniałego pisania i książek o dawnej Polsce, Huculszczyźnie, o trudnych polsko-ukraińskich związkach, pisania z jakąż miłością i pokorą… Wszystkiego pięknego, Edwardzie! … z niektórych dokonań kultury możemy być zwyczajnie dumni, ale nie taką narodową, patriotyczną dumą, tylko radością, bez kompleksów, bo wszystkich nas ostatecznie obchodzą te same emocje i sprawy.

    • Bardzo się cieszę, że muzyka Moniuszki jest oklaskiwana w Wiedniu. Ich strata, że nie poznali się na Moniuszce wcześniej ;-). Nie mam nic przeciwko tej nowej inscenizacji, ale uważam, że wersja Szapołowskiej była bardzo dobra. Kocham polski folklor, góralszczyznę, uwielbiam mazurki, polonezy, … i nie wstydzę się słowa “narodowy”. Nie wstydzę się Halki jako góralki i nie moją jest sprawą to, czy obcokrajowcy są w stanie zrozumieć polską kulturę. Tak jak ich nie obchodzi to, czy Polacy rozumieją ich kulturę. Nie mam żadnych kompleksów i nie muszę czekać na nowe, zuniwersalizowane przesłania polskich dzieł, aby poczuć się lepiej i je pochwalić za “odnarodowienie”. “Polskie filtry kulturowe” w żaden sposób nie obciążają muzyki Moniuszki. Wręcz przeciwnie, dodają jej wartości i oryginalności. Moniuszko chciał swoją muzyką budzić w słuchaczach polską dumę narodową. Nie bez powodu rosyjska cenzura, nawet po drastycznym pocięciu tekstu libretta, zakazała wystawiania Strasznego Dworu. Sama muzyka była nośnikiem idei narodowych.

  2. Piękny opis pięknego wydarzenia!
    Niezwykle miło jest czytać Twoje artykuły, Beatko. Niezwykle miło jest czytać, że polska kultura coraz wyraźniej pokazuje za granicą obraz kraju nowoczesnego, kraju ludzi otwartych, a nie tylko omamionych programami z plusem. Że ta kultura powoli zaciera stereotyp niewykształconego polskiego emigranta z przełomu XIX/XX wieku, który to stereotyp rzutował na postrzeganie wszystkich Polaków.
    Cieszę się, że kiedyś nasze życiowe drogi skrzyżowały się i pozwoliły mi Ciebie poznać, Beatko.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.