Jak się masz…

0

Z cyklu: Powiedz to dobrym słowem

Mieszkam w Kanadzie. Już drugi raz w moim życiu tak wybrałam. Po raz pierwszy przyjechałam tu z rodziną ponad trzydzieści lat temu… po przygodę. Kilkanaście lat mieszkałam w Kanadzie i kilka lat w USA. Wróciłam do Polski, a teraz znowu mieszkam w Toronto. Ten mój obecny pobyt jest znacznie bardziej świadomy; widzę inaczej – jakby wyraźniej, słyszę inaczej i więcej rozumiem. Po części dzieje się tak dlatego, że w ogóle od kilkunastu lat żyję bardziej świadomie, spokojniej i wolniej, ale także dlatego, że nie pochłaniają mnie obowiązki rodzinne.

Za pierwszym razem jak ognia unikałam rozmów po angielsku, a jak już rozmawiałam, byłam tak przejęta tym, żeby zrozumieć co do mnie mówią i właściwie odpowiedzieć, że nie wnikałam specjalnie w konstrukcje gramatyczne, nie zauważałam związków frazeologicznych, niuansów. Kiedy spotykałam sąsiadów najczęściej mówiłam szybko „cześć” (hi) i umykałam, by nie musieć mówić nic więcej. Kiedy już zapytano mnie „how are you” odpowiadałam krótko „fine”, co miało znaczyć, że dobrze. Intuicyjnie czułam, że pytającym nie zależy na szczerej odpowiedzi, że jest to rodzaj pozdrowienia, zaś moje skrępowanie powodowało, że często nawet nie pytałam ich o to samo. A należałoby, skoro miało to być pozdrowienie. No cóż, byłam raczej niezbyt miła. Słyszałam jednak, że inni odpowiadali na to pytanie różnie, nie zawsze pozytywnie. Niektórzy mówili, że nieźle, inni, że bywało lepiej, a jeszcze inni, że jako tako.

Dlatego dziwiłam się bardzo, kiedy spotykałam się w Polsce z zarzutami pod adresem Amerykanów, że są nieszczerzy i sztuczni, bo zapytani jak się czują odpowiadają, że wspaniale, cudownie albo dobrze, chociaż boli ich głowa, konto puste, a praca wcale im się nie podoba. Broniłam ich i mówiłam, że nie zawsze tak mówią, że nawet nieznajomym potrafią dać do zrozumienia, że nie czują się najlepiej, choć – faktycznie – nie opowiadają natychmiast o swoich kłopotach i nie skarżą się, bo… to jest po prostu pozdrowienie. Mówiłam także, że to pytanie po polsku znaczy raczej jak się masz niż jak się czujesz… i że na polskie „jak się masz” także raczej nie oczekuje się wylewnej odpowiedzi. Jednak to prawda, my jesteśmy wylewni i często na zdawkowe pytanie „co słychać” odpowiadamy z detalami o naszych problemach. Specjalnie pytam rodaków „co słychać dobrego”, aby skierować ich myśli w dobrą stronę, a i tak nie zawsze dostaje pozytywne odpowiedzi. Stąd to nasze niezrozumienie tego „braku szczerości” u Amerykanów. 

Dziś, choć ciągle nie przepadam za pogaduszkami z niezbyt znanymi mi osobami, zachowuję się już jak trzeba – pytam i odpowiadam, mam też całą gamę odpowiedzi na to pytanie. Pewno wcześniej tego nie zauważałam, bo wydaje mi się, jakby te grzecznościowe formułki mieszkańców Toronto wydłużyły się, jakby na przekór opowieściom o szybkim tempie życia, ludzie zatrzymywali się na chwilę, aby zrobić wstęp do rozmowy. A może dlatego, że dziś w tym uczestniczę. Telefon od fundraisera zbierającego fundusze dla Filharmonii – w zależności od jego temperamentu i nastroju – zaczyna się od spokojnego lub radosnego – „jak się masz?”; osoba przygotowująca moje zamówienie z dostawą do domu dzwoni do mnie, by zapytać mnie czy może zastąpić produkt, którego nie ma, innym produktem i mimo że sklep obiecuje, że wszystko będzie trwało nie dłużej niż 90 minut, zaczyna od spokojnego „jak się masz?”

Przyznaję, nie raz, nie dwa myślałam sobie, że ta wymiana zdań na powitanie jest czasem zbędna, że zabiera niepotrzebnie czas. Na przykład nie działa mi internet, a za godzinę mam konsultacje na Skypie. Dzwonię do dostawcy i… oczywiście zaczynamy od wymiany pytań jak się mamy. Chętnie bym tego uniknęła, zależy mi na tym, aby jak najszybciej mieć połączenie, ale wiem, że po drugiej stronie ktoś pracuje i chce nie potraktować zgodnie z dobrym obyczajem. Albo, korzystając z krótkiej przerwy pomiędzy konsultacjami a wykładem, dzwonię do fryzjera, słyszę, że jego koleżanka odciąga go od klientki, której być może farbuje włosy… Także ze względu na nią chcę jak najszybciej się umówić, zatem zaczynam „cześć, tu Iwona, chciałam… Ale Daniel wpada mi w słowa i zaczyna się ceremonia powitalna „Hi Iwona, how are you?”….. I ja już się nie spieszę, czuję się też ważna, słyszę jego radość; wiem, że rozmawia ze mną tak miło, mimo że ktoś inny czeka na fotelu. Kiedy znajdę się w podobnej sytuacji, będę o tym pamiętała. Tak, będę o tym pamiętała. Myślę, że te formułki zatrzymujące czas, wprowadzają nieco spokoju, spowalniają akcję, może pozwalają lepiej wejść w temat, wnoszą dobre emocje, pomimo, że są zwyczajowe. Dziś to lubię i doceniam. Nauczyłam się zatrzymywać w chwili i bawić się w te społeczną grę. I cieszę się, że nikt nie oczekuje obszernych odpowiedzi… No może z wyjątkiem mojej starszej córki, która wita mnie po polsku „jak się masz mamusiu”. 

Trzeba też przyznać, że kiedy sytuacja naprawdę tego wymaga, nie robi się tych wstępów. Dwukrotnie wylądowałam na ostrym dyżurze w szpitalu, raz ze skaleczoną ręką, drugi raz z bardzo silnym bólem głowy i nikt mnie nie pytał, jak się mam. Pytania były zupełnie inne. 

Iwona Majewsk-Opiełka

•••

Zbiór felietonów z poprzedniego cyklu „Lepsze życie” ujęty jest w e-book „Życie jest sztuką” i można go można kupić tutaj https://www.majewska-opielka.pl/sklep/

 

Poleć:

O Autorze:

Iwona Majewska-Opiełka

Iwona Majewska-Opiełka. Psycholog, trener, coach. Stworzyła własny model rozwoju osobistego. Napisała 25 książek, a każda z nich to pasjonująca rozprawka na temat istotnego wymiaru ludzkiego życia. Najnowsza książka to „Najważniejszy związek czyli mądra miłość do siebie”.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.