Nie ma światła… (Nowy cykl felietonów: Czwarte Miejsce)

2

Zapraszamy do czytania nowego cyklu felietonów “Czwarte Miejsce”

Jego autorką jest Izabela J. Barry – absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego (filologia polska), MacEwan University (Library Management) i University of Alberta (Library and Information Studies). Od 2002 roku pracuje w szóstym największym systemie bibliotek publicznych w Stanach Zjednoczonych – Brooklyn Public Library. Jest również adiunktem w College of Staten Island (CUNY).

W 1996 roku założyła i prowadziła przez następne cztery lata dwutygodnik społeczny „Widziane z Whyte Avenue”. Przez ponad dziesięć lat współpracowała z „Przeglądem Polskim” dodatkiem kulturalno-społecznym do „Nowego Dziennika”, ongiś największej codziennej gazety wydawanej poza granicami Polski. Przez wiele lat prowadziła w tygodniku „Kurier Plus” stałą kolumnę 107 Norman, traktującą o książkach i wydarzeniach kulturalnych odbywających się w bibliotece na Greenpoincie.

W ramach pracy zawodowej między innymi organizuje wydarzenia kulturalne oraz selekcjonuje tytuły do polskiej kolekcji BPL i NYPL.

W wolnych chwilach tłumaczy poezję.

“Czwarte Miejsce” (jej blog o książkach, ludziach, miejscach)

Izabela Barry

•••

Nie ma światła…

Kiedy o piątej rano w czwartek otwieram oczy, podnoszę się na łokciu i z nadzieją przesuwam włącznik nocnej lampki. Niestety, dalej ciemno. Wzdycham, patrzę przez chwilę na budzące się wczesnym świtem cienie drzew na przeciwległej ścianie sypialni i zasypiam jeszcze na godzinę. Właśnie rozpoczyna się trzeci dzień bez prądu, bez Internetu, bez ciepłej wody. We wtorek dotarł do nas huragan Isaias. Kiedy zaglądam do Wikipedii, Isaias ma już swój opis: „Wywołał tornado najsilniejsze od 2005 r. i przekształcił się w cyklon tropikalny. Isaias dotknął części wschodnich Karaibów i Bahamów, zanim spowodował znaczne szkody na większości wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych”. Ten opis, niestety, nie podaje szczegółowych danych na temat zniszczeń, nie cytuje liczb, nie wspomina o mężczyźnie z nowojorskiej dzielnicy Queens, który z jakiejś przyczyny wsiadł do samochodu, na który po chwili upadł odłamany konar. Nie opisuje wszystkich zwalonych drzew ani latarni, zgniecionych i poczerniałych od deszczu kwiatów. A już na pewno notka ta nie mówi o tym, że od wtorkowego popołudnia tkwię w dziwacznym popłochu, ciągle mając nadzieję, że za chwilę błyśnie światło, że zaszumi klimatyzator, że z radia popłynie głos Marii Callas, urwany na słowach Spargi in terra quella pace…

We wtorek, kiedy zaatakował nas Isaias, siedziałam w domu, przy biurku. Niebo od rana zaciągnięte było ciemnymi chmurami, zaraz potem o metalową powierzchnię naszych klimatyzatorów zaczął walić deszcz. Kiedy spojrzałam przez okno, srebrzyste topole niebezpiecznie wyginały się na wszystkie strony. Ale zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji, zanim o trzeciej po południu nagle wszystko nie zgasło. Zadzwoniłam do męża: „Pod żadnym pozorem nie otwieraj lodówki” – ostrzegł mnie. „No jasne, postaram się” – mruknęłam.

Moja ulica

Awaryjne lampki na korytarzach naszego budynku paliły się tylko 90 minut, więc kiedy następnego dnia wspinam się na nasze trzecie piętro, oświetlam drogę telefonicznym ekranem. Żeby naładować baterię telefoniczną, schodzę do samochodu i włączam silnik. Staram się nie pamiętać, że w Nowym Jorku idling is not permitted. Wszystkie podręczne baterie, które mają nas doraźnie ratować, po kolei przestają świecić. Michael rano zabiera je do pracy, żeby je tam naładować. Ja tymczasem jadę do pobliskiej wsi i w sklepie spożywczym kupuję ostatnie siedem worków z lodem. Upycham je w lodówce, w zamrażalniku i w szufladzie lodówki. Niewiele to pomoże. Zdaje się, że przez następne dni będziemy zapychać się krewetkami i przegrzebkami, których mamy w nadmiarze, a które jako tako mogę przyrządzić na patelni, używając zapałek do zapalenia palnika! Zapałek! Czy mam zapałki? Małe pudełeczko z portretem Franza Kafki, przywiezione wiele lat temu z Pragi, na szczęście leży na półce nad kuchennym stołem.  Niestety, draska jest prawie kompletnie starta. Jakoś mi się jednak udaje… Piecyka zapałką nie podpalę, indycza pierś wyląduje w śmietniku. Nasz super mówi, że Con Edison, czyli kompania dostarczająca prąd, zapewnia w tych chwilach kryzysu lód. Trzeba tylko pojechać na parking pobliskiego Best Buy, żeby go odebrać. Na mapie rejonów objętych awarią odnajduję nasz adres. Od kilkudziesięciu godzin opatrzony jest notką: evaluating. Rano idę po kawę do Antoinette, bo w domu nie ma zmielonej. Kusmanto, właściciel kawiarni, mówi: „Że niby w niedzielę będzie prąd? Nie żartuj. Widzisz tu jakieś samochody z robotnikami? Przecież Coned wysłał na przymusowy urlop połowę swoich pracowników! Kto to niby ma naprawiać?”. Kusmanto kręci głową, dolewa śmietankę do mojej kawy i dodaje: „Dobrze cię widzieć”.

Michael rano bierze lodowaty prysznic i woła z łazienki: „Dzisiaj się nie golę!”. Następnego dnia rano nie goli się również. Worki z lodem, w poupychane w zamrażarce, są coraz lżejsze. Będziemy musieli je uzupełnić. 

Żeby napisać ten felieton, jadę do New Jersey. Niby tylko 25 minut od domu, a przecież już inny stan, inne prawa, inne tabliczki rejestracyjne. I inna firma zapewniająca prąd. Nie wiem, czy pracuje lepiej, szybciej, wydajniej, ale D-owie mają już i prąd, i Internet. Korzystam z ich uprzejmości, głęboko wdzięczna, że w ten duszny dzień mogę siedzieć w chłodnym, klimatyzowanym pomieszczeniu i pisać. Piszę, sprawdzam służbową pocztę, biorę udział w zebraniu… Felieton ma pierwszy zarys, szkielet.

Po drodze do New Jersey przejeżdżam przez most Waszyngtona; niebo ma jasną, stalową barwę, a rzeka Hudson przybrała głęboki grafitowy odcień. O tej rzece, zmiennej jak pogoda, jak chmury, jak miłość, napiszę kiedyś hymn, dodam go do jednego z wielu, które już zostały napisane. Nie ma bardziej majestatycznej damy wśród amerykańskich rzek, bardziej figlarnej dziewczyny, bardziej tajemniczej metresy, groźniejszej władczyni. Od jedenastu lat podziwiam jej zmieniające się kolory, jej kapryśne zwroty, jej ciemne tonie. Podziwiam mosty, raz łączące brzegi, niczym koronkowy wytworny mankiet, innym razem ciężkie i przysadziste, zawierające w sobie historię tej rzeki i historię ludzkiego układania się z nią. Wszystkie kocham. Tak jak kocham otaczające rzekę zielone wzgórza, pokryte grubym kożuchem zieleni w lecie i połyskujące srebrem skał w zimie. 

Michael dzwoni do mnie i dzieli się ostatnimi wiadomościami. Od dziś na rogatkach miasta będą ustawione check points. Przybysze z miejsc, w których notuje się wzrost zachorowań, będą sprawdzani. Czy będą kierowani na kwarantannę? Odsyłani z powrotem? Tego dokładnie nie wiadomo. Tymczasem wciąż prawie 300 tysięcy gospodarstw domowych nie ma prądu. Nie mogę spokojnie myśleć o tonach zmarnowanego jedzenia.

Trudny dzień. Niedobry, dołujący. Zanim znów wyjdę z domu, korzystam z siedemnastu procent baterii, które zostały w telefonie i oglądam zaprzysiężenie Dudy. Boli mnie serce i boli mnie całe ciało. Z przerażenia, z obrzydzenia, z wewnętrznego protestu, który nie znajduje ujścia. Jak to się stało, że słaby, niby elastyczny, ale w gruncie rzeczy sparciały jak stara gumka recepturka facet, urzędnik niskiego szczebla w czarnych zarękawkach, wygrał te wybory? Nie ma wytłumaczenia. Nie ma usprawiedliwienia. I nie, los Polaków nie poprawił się z powodu 500 plus, ani żadnego innego plusa. Ta dobroczynność, ta niby troska, rządowa łapówka, podobnie jak decyzja o skróceniu wieku emerytalnego, odbije się narodowi czkawką. Zapłacą za to wnuki dzisiejszego rozbawionego elektoratu.

To już druga w ciągu ostatniego tygodnia relacja z Polski, której nie chcę oglądać. Pierwszą był marsz urządzony przez nacjonalistów, jakiegoś podobno posła… Tak, posła do Sejmu, polskiego Sejmu, niejakiego Bąkiewicza. (Powiedzcie mi, jak to się stało, że ten człowiek zasiada w polskim parlamencie i podejmuje decyzje dotyczące 38 milionów polskich obywateli?) Kilka tysięcy osób zjawiło się na Rondzie Dmowskiego, a potem wrzeszcząc ruszyli przed siebie – w Aleje Jerozolimskie, potem Nowym Światem, Krakowskim Przedmieściem do placu Krasińskich. Krzyczeli coś o dumie i chwale, o „jebanej” komunie, o „normalnej” rodzinie. Ich wrzask rozsadzał uszy, ich ogolone głowy, nabrzmiałe karki i naznaczone nienawiścią twarze przerażały. Były tam dziewczyny, słychać było ich histeryczny pisk. Krzyczano też o imigrantach i gejach. Wulgarne słowa, których unikam całe życie, te zaczynające się na „p”, „ch” i „k”, towarzyszyły hasłom o „czerwonych ścierwach”. O tym, że młot i sierp będą użyte przeciwko hołocie, nawet nie muszę wspominać. 

Oglądałam te sceny oniemiała. Nienawiść ma się dobrze, rośnie w siłę. Oprócz nienawiści panoszy się w Polsce niewiedza. Im głupiej, im bardziej prostacko, im wulgarniej – tym lepiej. Zewnętrzne atrybuty tej zwycięskiej Polski to koszulka z orłem w koronie albo z powstańczą kotwicą. To grube karki elektoratu i brzydkie twarze prawicowych polityków. Słowa, które na kilometr cuchną pogardą i kłamstwem. 

Dobrze, że nie ma mnie i nie będzie przez następny miesiąc na Facebooku. Nie mogę komentować, zamieszczać zdjęć i własnych refleksji. Zbanowano mnie. „Banować” to niby nowy czasownik w polszczyźnie, ale to wcale nie jest nowy wyraz. Ostatecznie „banita” i „banicja” są nam znane nie od dziś. A więc jestem fejsbukową banitką, skazano mnie na wygnanie. Kto? Ano, algorytm, który ma za zadanie utrzymywać porządek w mediach społecznościowych. Cóż to jest ten algorytm? Recepta, czy może raczej receptura, składająca się z określonych kroków, potrzebnych do osiągnięcia jakiegoś stanu. Algorytm to przepis na bigos: weź główkę kapusty… Albo przepis na babę tiulową: weź kopę jaj…  I tak dalej, i tak dalej. Algorytm w komputerze wyrzuca wszelkie niepotrzebne, nieprzewidziane przepisem rzeczy. I tenże algorytm wyśledził, że zachowałam się w sposób sprzeciwiający się określonej recepcie. Ale może się mylę, może to po prostu raport mojego, pożal się Boże, interlokutora?

Jak do tego doszło? Zaraz opowiem. Otóż wśród moich społecznościowych znajomych staram się mieć tylko te osoby, które znam osobiście. Ale czasem ulegam presji okoliczności: Pani X. ma ze mną osiemnastu wspólnych znajomych, wśród nich nazwiska szacowne, osób, których poglądy znam i szanuję. Przyjmuję więc panią X. do moich znajomych. Egzystujemy razem od kilku miesięcy, chwilami coś mnie niepokoi. Widzę jej wpisy częściej, niżbym sobie życzyła. Pani X. zamieszcza artykuł o czarnym młodzieńcu, który z zimną krwią zamordował parę staruszków. Białych. Pod postem pani X. rozlewa się szambo nienawiści. Zupełnie tak, jakby biali młodzieńcy nigdy nie mordowali czarnych staruszków. Moja natura „oficera informacyjnego” każe mi sprawdzić wiarygodność tego artykułu. Tak, to prawda. Czarny nieletni Amerykanin zamordował parę białych emerytów. Aresztowano go i skazano. Było to osiem lat temu. Pani X. zamieszcza ten stary artykuł w taki sposób, że robi wrażenie, jakby to zdarzyło się wczoraj, a prasa, lewacka prasa, dodajmy, nie przepuściła tego do szerokich mediów. Proszę panią X., żeby zweryfikowała swój post. Tłumaczę fakty. Nie ma odpowiedzi. 

Za kilka dni pani X. zamieszcza filmik przedstawiający chwiejącego się na nogach Trumpa, który opuszcza helikopter. Jest w garniturze, ma rozwiązany krawat, lekko chwieje się na nogach. Nonszalancko pozdrawia salutujących gwardzistów. Obrazkowi towarzyszy łzawa muzyczka. Napisy opowiadają jeszcze bardziej łzawą historyjkę: „Nikt nie jest tak znienawidzony jak on. Ten człowiek powinien być na emeryturze i korzystać z życia. Tymczasem pracuje dla nas, dla naszego dobra” – ta narracja jest tak bezczelna, że postanawiam zareagować. Wiedząc o codziennych bzdurach, opowiadanych przez prezydenta U.S., słuchając jego narcystycznych wynurzeń, opowiadanych słownikiem składającym się z może pięćdziesięciu słów (tremendous, beautiful, great) nie mogę znieść, że coś takiego znajduje się na mojej „ścianie”. Decyzję podejmuję szybko – usuwam Panią X. z grona moich znajomych. Nie dlatego, że nie szanuję jej poglądów, ale dlatego, że korzystam z prawa, by nie zadawać się z ludźmi ulegającymi prymitywnej propagandzie, nie dostrzegającymi zniszczenia, godzącymi się na pustkę intelektualną. Więc (niepotrzebnie) zawiadamiam o tym panią X., która prawdopodobnie doesn’t give a damn, czy będzie wśród moich znajomych, czy nie. Ale uważam, że moim obywatelskim obowiązkiem jest reagować. Reagować na ślepotę, głupotę, zakłamanie, hipokryzję. 

Pod moim postem, mówiącym farewell pani X., pojawia się post jednego z jej przyjaciół. „Jestem z tobą, Lidia” – oświadcza nieznany mi człowiek i doradza, żebym się obudziła. Ponosi mnie temperament. Odpowiadam ostro i piszę kilka zdań o hipokryzji i o orange moron, who does not hide his idiocy. Tak, pomarańczowy dureń, który nawet nie ukrywa swojej głupoty. (Określenie to pożyczyłam od drogiego przyjaciela z okolic Seattle). I bum! Tu wkracza do akcji algorytm. Kiedy budzę się następnego dnia i sięgam po telefon, pierwsza rzecz, która pojawia się na ekranie, to informacja o tym, że przez następne 30 dni nie mogę brać udziału w facebookowym życiu. Zapewne stało się to na skutek doniesienia, ale algorytm nie sprawdził, że to nie mojego rozmówcę nazwałam „moronem”, tylko prezydenta Trumpa. Moron to po polsku debil, przychlast, idiota, cieć, patafian. Ostro? Być może. No, ale powiedzcie sami, jak nazwać faceta, który o narodowym bohaterze, walczącym o prawa człowieka polityku, kongresmanie, bitym, aresztowanym, poniżanym, o Johnie Lewisie, którego pogrzeb odbył się w zeszłym tygodniu, mówi: „nie wiem, czy był bohaterem. Cóż, nie przyszedł na moją inaugurację”.

Dam sobie radę bez Facebooka. Ochłonę. Odpocznę. Uzupełnię blog o te wszystkie wpisy, które od dawna mam w planie: kilka wywiadów do opracowania, recenzji do napisania. Niestety, banicja nie ogranicza patrzenia na to, co piszą inni…

PS. Do listy wydarzeń w Polsce, o których nie chce się czytać i których nie chce się oglądać, a o których wiedzieć przecież trzeba, doszły następne. Dziś, w Warszawie, odbyły się protesty solidarnościowe z aresztowaną aktywistką LGBT Margot oraz zatrzymanymi w piątek przez policję demonstrantami. Jutro, w Nowym Jorku, o 12:30 PM odbędzie się protest w geście solidarności z całą społecznością LGBT w Polsce. Więcej informacji tutaj.

PPS. Prąd już jest. Włączyli wczoraj. Powyrzucaliśmy nienadające się do niczego jedzenie, Michael wylał z szuflad i pojemników wodę, ja umyłam półki. Na moim biurku świeci lampka, a Maria Callas podjęła śpiew. Prąd już jest. Tylko światła jakby mniej…

 

Poleć:

O Autorze:

Contributor

Materiał nadesłany do redakcji.

2 Comments

  1. Tak bardzo jesteśmy uzależnieni od tej cywilizacji. Dobrze, że prąd już jest – ale szkoda, że światła mniej… 🙁

  2. Katarzyna Janik on

    Przypomniał mi się paraliż naszego życia w czasie słynnego blackoutu w Ontario (i USA). Dobre pióro pani Barry. Czekam na następne teksty.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.