Bereza Kartuska – czarna karta polskiej historii

2

Wśród horrorów II wojny światowej na pierwsze miejsce wybijają się hitlerowskie obozy koncentracyjne. Te pierwsze, utworzone na terenie Niemiec, początkowo nie były obozami zagłady, ale miały m. in. na celu odizolowanie i ukaranie oponentów władzy. Zdawałoby się, że tego typu obozy są już daleką, okrutną przeszłością, lecz niestety istnieją nadal, jak te przeznaczone dla osób LGBT w Czeczeni, dla muzułmanów w Chinach czy dla więźniów politycznych w Korei Północnej.

Każda władza autorytarna czy totalitarna dąży do „usunięcia” w mniej lub bardziej skuteczny sposób przeciwników. Autorytarny polski rząd lat trzydziestych się od niej nie różnił. Oprócz skazania oponentów politycznych w Procesie Brzeskim, 17 czerwca 1934 roku powstał dekret powołujący obozy odosobnienia, zaskakująco często nazywany wówczas „dekretem o obozach koncentracyjnych”, między innymi na łamach przedwojennej prasy.

Dekret o obozach koncentracyjnych (…) zdaje się być wyraźną zapowiedzią bezkompromisowego likwidowania dalszych bastionów parlamentaryzmu i dlatego witamy go z zadowoleniem. – „Gazeta Polska”

Twórca dekretu o obozach, ówczesny premier Leon Kozłowski tak opisywał rolę społeczną tego typu miejsc: Miejsca odosobnienia — nie trzeba tego chyba ukrywać — będą miały regulamin bardzo ciężki i surowy i nie będzie niczym innym, jak tylko narzędziem surowej i karzącej ręki Państwa. Znajdą się w nich te wszystkie jednostki, których zachowanie się zagraża bezpieczeństwu publicznemu.

12 lipca 1934 powstał obóz odosobnienia na Polesiu, w Berezie Kartuskiej. Dlaczego akurat w tym miejscu? Były ku temu dwa główne powody. Pierwszy to utrudniające ucieczkę niedostępne otoczenie – lasy i bagna, a drugi, to, że wojewodą poleskim odpowiedzialnym za nadzór nad obozem był Władysław Kostek-Biernacki – fanatyczny piłsudczyk, nazwany przez więźnia Berezy, Stanisława Cat-Mackiewicza (publicysta i polityk) „chorobliwym sadystą”. Jako komendant twierdzy brzeskiej w czasie uwięzienia w niej posłów Centrolewu był odpowiedzialny za ich psychiczne i fizyczne maltretowanie, a w Berezie zaplanował i nadzorował realizację metod torturowania.

Do Berezy Kartuskiej, na ogół na okres trzech miesięcy (zdarzały się dłuższe, nawet roczne „odsiadki” i powtórne aresztowania), wysyłano osoby, którym nie można było udowodnić czynów niezgodnych z prawem, czyli kierowano je do obozu bez aktu oskarżenia i wyroku sądowego.  Osadzano również  „prewencyjnie”, np. komunistów przed świętem 1 Maja oraz ludzi niezwiązanych z jakąkolwiek działalnością antypaństwową, na skutek pomyłek czy niesprawdzonych donosów. Jednymi z pierwszych więźniów byli członkowie Stronnictwa Narodowego oraz działacze Obozu Narodowo-Radykalnego.

W Berezie Kartuskiej traktowanie więźniów było tak brutalne, że samo nasuwa się skojarzenie tego „miejsca odosobnienia” z hitlerowskimi obozami koncentracyjnymi w początkowych latach istnienia III Rzeszy, jeszcze przed II wojną światową. Możliwe, że wzorcem dla Berezy były powstałe w 1933 roku hitlerowskie obozy koncentracyjne w Dachau i Oranienburgu.

Ubranym w pasiaki więźniom nadawano numery, obowiązywał zakaz korespondencji z rodziną, zakaz otrzymywania paczek, były przydzielane głodowe racje żywnościowe. Oprócz bicia stosowano różnego rodzaju szykany i tortury oraz karne ćwiczenia. Bardzo wymyślną torturą było „wypróżnianie się na rozkaz”, które opisał Stanisław Cat-Mackiewicz:

Wolno było tę czynność fizjologiczną załatwić tylko raz na dobę, rano i na komendę „raz, dwa, trzy, trzy i pół, cztery”. Ludzie stale chodzili z niewypróżnionymi żołądkami.  

Osadzeni mieli obowiązek pracy fizycznej. Podobnie jak w obozach hitlerowskich jej celem było psychiczne złamanie więźniów. Musieli poruszać się biegiem i nie wolno im było ze sobą rozmawiać. Dużo prac było bezsensownych, jak kopanie i zakopywanie rowów lub przenoszenie ciężkich kamieni z miejsca na miejsce. Wymyślano też zajęcia upokarzające, jak czyszczenie ustępów małą szmatką, czyli praktycznie gołymi rękoma.

Więźniów pilnowało 300 policjantów. Franciszek Klimka  – Polak ze Śląska Opolskiego, skierowany do Berezy 5 września 1939 roku za to, że miał niemieckie obywatelstwo, tak opisał zachowanie policjantów, gdy przekroczył bramę obozową:

„Przy furtce stało dwóch policjantów z gumowymi pałkami policyjnymi w rękach, którymi okładali przechodzących i nawoływali: Szybciej, biegiem. Biegnąc dalej, zauważyłem wyciągnięte dwa sznury policjantów i cywilów (jak się później dowiedziałem – przestępców kryminalnych), zaopatrzonych w specjalne „bykowce”, sękate kostury, koły. Każdy z więźniów musiał przejść przez wyciągnięty w ten sposób „korytarz” policjantów i kryminalistów, którzy wrzeszcząc w niebogłosy: Biegiem, skurwysyny, biegiem, kurwa wasza mać, biegiem, nie bójcie się, jeszcze was nie wieszamy! – okładali trzymanymi w rękach narzędziami biegnących więźniów. (…) Kiedy znaleźliśmy się na placu, każdy musiał położyć się twarzą do ziemi w następstwie wydanej komendy: Od czoła padnij, kłaść się na pyski! Następnie policjanci na tę zbitą masę ludzi wchodzili i depcząc po ludziach, bili ich pałkami gumowymi, krzycząc: Nie podnosić łbów, mordy do ziemi!”

W ciągu pięciu lat istnienia obozu w Berezie Kartuskiej osadzono w nim około trzech tysięcy osób. Większość z nich to byli więźniowe polityczni.

Wspomnienia więźniów Berezy Kartuskiej są nieliczne, gdyż po wypuszczeniu musieli potępić swoją dotychczasową przeszłość polityczną i nie mogli nikogo informować o sytuacji panującej w obozie pod karą ponownego w nim osadzenia. Wielu z nich doznało dożywotniego uszczerbku na zdrowiu fizycznym i psychicznym. Czternaście śmiertelnych ofiar jest znanych z nazwiska, jednak rzeczywista ich liczba jest trudna do ustalenia, gdyż ciężko chorych lub zmaltretowanych więźniów zwalniano, aby uniknąć ich zgonu w obozie. Czasami umierali po upływie dłuższego czasu od wyjścia na wolność, jak w przypadku działacza ONR i adwokata Henryka Rossmana, który nabawił się zapalenia nerek i zmarł na uremię dwa lata po zwolnieniu z Berezy.

Niewiele brakowało, aby do Berezy trafił również Jerzy Giedroyć. Na łamach jego prosanacyjnego pisma Aleksander Bocheński opublikował artykuł  „Kirow a Pieracki”. Tytuł sugerował, że zabójstwo wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego było wynikiem polityki wobec Ukraińców, a przede wszystkim – prowokacją polskich służb specjalnych.

Czy we współczesnej Polsce, która z tak wielkim wysiłkiem odzyskała niepodległość i demokrację, jest możliwa „powtórka z historii”, kiedy niewygodni dla władzy ludzie będą zamykani w obozach? Nigdy nie możemy powiedzieć „absolutnie nie”, gdyż w dziejach ludzkości wiele zdawałoby się już niemożliwych wydarzeń ponownie miało miejsce. Żeby do tego nie dopuścić, powinniśmy nie tylko poznawać okresy czy wydarzenia w naszej historii, świadczące o wielkości czy wyrządzonych nam krzywdach. Pamiętajmy i poznawajmy również mroczne karty, gdyż to one uczą i ostrzegają, żeby nie dopuścić do ich powtórzenia. Dzięki takiej edukacji możemy być wyczuleni na pierwsze objawy autorytaryzmu czy totalitaryzmu, kiedy jest jeszcze czas, żeby mu skutecznie zapobiec, zanim rządzący nie obwołają dekretu o „miejscach odosobnienia”.

Beata Gołembiowska

www.bgbooks.com.pl

 

Poleć:

O Autorze:

Beata Gołembiowska

Beata Gołembiowska – pisarka, autorka powieści Żółta sukienka, Malowanki na szkle, Lista Olafa, Droga do Wilenii oraz książek–albumów – W jednej walizce i Teatr bez granic. Kocha przyrodę, ceni ciszę, a w ludziach – tolerancję.

2 Comments

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.