„Jarek, pierdolisz! Nie było cię tam!”

2

Z cyklu: Czwarte miejsce

Od wielu lat żałuję, że nie prowadzę dziennika. Wiele razy próbowałam zapisywać codziennie sprawy i przemyślenia i za każdym razem, po kilku dniach, rezygnowałam. Jeśli dobrze pamiętam, pierwszy pamiętnik zaczęłam pisać jako jedenastoletnia dziewczynka, w schronisku Samotnia, w Karkonoszach. Zeszyt był, jak na owe czasy, dość frymuśny – nie miał brudnoniebieskiej ani zgrzebnej brązowej okładki, jak normalne zeszyty w owych czasach, ale plastikową, czarną z przezroczystym wierzchem, pod który wsunięto kartkę z pocztem najważniejszych pisarzy polskich. Zeszyt był w kratkę i zapisałam w nim podróż z Mamą, autobusem z Jeleniej Góry do Karpacza i to, jak potem wędrowałyśmy do Samotni wąską ścieżką, po kamieniach i przez kosodrzewinę, a nie, jak wszyscy turyści, wygodną, brukowaną i szeroką drogą. I na tym się skończyło. Może dlatego, że nigdy nie miałam cierpliwości do regularnego prowadzenia zapisków, a może dlatego, że nie wierzyłam, że to, co zapisuję, jest warte utrwalenia… A może dlatego, że od wczesnego dzieciństwa nauczona byłam samokrytycyzmu, a rzadko chwalona uważałam, że moje zapisywanie jest trywialne, płaskie, nijakie i niewiele warte, nawet jeśli tylko ja sama byłam czytelniczką mojego pamiętnika. 

Samotnia w latach 70.

Dziś mocno żałuję, że jednak się nie przemogłam, że nie nabrałam codziennego zwyczaju notowania myśli o tym, co widziałam, co mi się przydarzyło, kogo spotkałam. Nie przyzwyczaiłam się do systematycznego zapełniania zeszytów w kratkę obrazkami z dnia codziennego. W ciągu całego życia nagromadziło się tak wiele momentów, tych osobistych i tych historycznych, w których uczestniczenie było, z dzisiejszej perspektywy, wielką rzeczą, często odmieniającą, budzącą, skłaniającą do myślenia. A i ja myślę o sobie inaczej i nauczyłam się doceniać swoją wrażliwość i spostrzegawczość. Gdybym wtedy, w 1980 roku, prowadziła dziennik, dziś mogłabym do niego po prostu zajrzeć i przeczytać opis tych nieprawdopodobnych dni, które przeżywaliśmy. Mogłabym przywołać nasze rozmowy, spekulacje, obawy, zaskoczenia, momenty strachu, niepewności. I zadawane wówczas pytania, dziś – być może – naiwnie brzmiące. Ale i tak, bez dziennika, bez notatek z tamtych czasów, jedno pamiętam wyraźnie – radość i dumę, które odczuwaliśmy w sierpniu tamtego, pamiętnego, roku.

Kończyliśmy studia. Nasze prace magisterskie były wciąż nieskończone, biurko zalegały materiały: z jednej strony porządnie ułożone fiszki i notatki, odnoszące się do kancelarii Stefana Batorego, z drugiej kotłowała się Młoda Polska, Huysmans, Berent i Kuśniewicz… Rzadko chodziliśmy już na uczelnię, za to częściej do biblioteki, zwykle do Ossolineum, w którym na zaglądanie do niektórych książek czy czasopism trzeba mieć było specjalne zezwolenie od dziekana. W glorii już niemal ukończonych magistrów, uczelnianych weteranów, umawialiśmy się na indywidualne spotkania z naszymi profesorami, dyskutując kolejne rozdziały naszych dyplomowych tez.

To był intensywny czas przyspieszonego dojrzewania. Nie chciało nam się kończyć studiów, ale wiedzieliśmy, że przyszła pora na spotkanie z dorosłym życiem. Ale póki co, jeszcze korzystaliśmy z wolności, z niewłożonych w ramy codziennej pracy „od-do” dni. Jeszcze jechaliśmy na ostatni zimowy rajd, jeszcze robiliśmy imprezy, jeszcze pozwalaliśmy sobie na przesiadywanie nad książkami do później nocy i spanie do południa następnego dnia. W tle szemrała Trójka, podgłaśniana zwykle na „Trzy kwadranse jazzu”. W zimowe wieczory czytaliśmy Barańczaka, myśląc: cóż z tego, że wiemy „co jest grane”, skoro w tę fałszywą grę wszyscy gramy…

Stanisław Barańczak „Co jest grane”

W lutym Kora nagrała „Boskie Buenos”, które w czerwcu w Opolu zabrzmiało jak protest song, a jego polityczne podłoże było natychmiast rozpoznawalne, mimo że wtedy nie wiedzieliśmy nic o okolicznościach powstania tej piosenki. 15 lutego zakończył się VIII zjazd PZPR i I sekretarzem został znów wybrany Edward Gierek, ale trzy dni potem Piotr Jaroszewicz, prezes Rady Ministrów przez ostatnie dziesięć lat, zrezygnował ze swojej funkcji. Jego miejsce zajął Edward Babiuch, gładko zaczesany do tyłu aparatczyk o kartoflanej twarzy (choć tak naprawdę, który z ówczesnych przywódców nie miał tej strasznej kartoflanej twarzy, bez wdzięku, bez inteligencji, bez znamion płci nawet?)  Babiuch obejmując tę funkcję nie wiedział, że wiatr historii zmiecie go w kilkanaście miesięcy później, nie tylko ze stanowiska, ale także z partii.  

Wieczorami oglądaliśmy wiadomości na jednym z dwóch istniejących w tych czasach kanałów, pomiędzy którymi nie było w zasadzie żadnej różnicy. Na czarno-białym ekranie widzieliśmy rozbite szczątki samolotu Ił-62, który spadł w marcu w pobliżu Okęcia. Przez kilka następnych tygodni słuchaliśmy piosenek Anny Jantar, która zginęła w tym wypadku. Telewizja nie pokazała miejsca samospalenia, którego dokonał zaledwie tydzień później emerytowany piekarz Walenty Badylak, ani nawet o nim nie wspomniała. Jedynie lokalna prasa doniosła o „chorym psychicznie emerycie”, nie zająknąwszy się słowem o tym, że Badylak dokonał tego straszliwego aktu, protestując przeciwko przemilczaniu prawdy o zbrodni katyńskiej. Musiało minąć dziesięć lat, zanim wreszcie usłyszeliśmy prawdę, którą przecież i tak wszyscy znaliśmy. 

Ale już się coś działo, drżało, pulsowało podskórnie. Koledzy z roku znikali na kilka lub kilkanaście dni, potem okazywało się, że brali udział w głodówkach protestacyjnych. Na wydziale podawaliśmy sobie ulotki z „antypaństwowymi” hasłami. Lothar Herbst, poeta, mój nauczyciel, wykładowca literatury współczesnej, na drzwiach swojego gabinetu wywieszał rewolucyjne wiersze. Dochodziły nas pogłoski o aresztowaniach, procesach. W sklepach można było dostać coraz mniej. W mięsnym naprzeciwko akademika kupiłam trzy ostatnie, sine parówki dla dziecka. Stojący za mną sąsiad, ojciec trzech dziewczynek, wyszedł, ostentacyjnie trzaskając drzwiami. Sprzedawczyni w spożywczym „pod wieżą” patrzyła zimnym wzrokiem na żonę radzieckiego oficera, z kontyngentu stacjonującego w pobliskich koszarach i z nienawiścią cedziła „nie rozumiem” do zmieszanej i nieszczęśliwej Rosjanki. Niebieskim maluchem przyjechali znienacka rodzice, z prośbą, byśmy się „broń Boże w nic nie mieszali, bo przecież mamy małe dziecko”. Pokiwaliśmy głowami, że tak, że oczywiście… 

Lothar Herbst

Na początku maja Konferencja Episkopatu zaczęła nawoływać do niezbędnych reform, z powodu „niepokojących zjawisk w życiu społecznym, kulturalnym, gospodarczym i politycznym” i ten apel powtórzyła w czerwcu. A z początkiem lata odbył się pierwszy festiwal w Jarocinie, z Maanamem, Kombi, Dżemem, Kasą Chorych. I to była sensacja, młodzieńczy oddech wolności, która nieśmiało się do nas zbliżała.

Lipiec pamiętam już tylko jako pasmo strajków. Dochodziły nas głosy o tym, że w Lublinie kolejarze przyspawali do szyn wagony wypełnione wszelkim dobrem, kierowanym na Wschód. Strajki początkowo były protestem przeciwko rozszerzeniu sprzedaży komercyjnej, czyli sprzedawaniu tych samych towarów po wyższej cenie. Partia ani rząd nie mogły już dłużej udawać, że nic się nie dzieje. Strajkował Włocławek, Lublin, Tczew, Mielec. Zawiązywały się prawdziwe komitety strajkowe, z którymi dyrektorzy musieli negocjować – rzecz niesłychana w socjalistycznym państwie. W moim czarno-białym telewizorze coraz częściej mówiono o „przejściowych przerwach w pracy”. Potem pojawiła się fraza „chuligańskie elementy”, ale szybko jej zaniechano. A 31 lipca Władysław Kozakiewicz skoczył na olimpiadzie w Moskwie 5.78 m, bijąc rekord świata w skoku o tyczce i pokonując Rosjanina Wołkowa. Kiedy po udanym skoku wylądował na materacach, zerwał się na równe nogi i gestem zwanym dotąd „pokazaniem wała”, a od tej chwili „gestem Kozakiewicza” potwierdził swoje zwycięstwo i nas wszystkich stosunek do Związku Radzieckiego. Tego samego dnia w Polsce stanęło 177 zakładów pracy. 

Władysław Kozakiewicz po zwycięskim skoku, olimpiada w Moskwie, 1980

Gestu Kozakiewicza telewizja nie mogła wyciąć, bo relacja szła na bieżąco. Ale wciąż dostawaliśmy niepełne lub fałszywe wiadomości na temat tego, co działo się w Polsce. Ogarnięty strajkami kraj żył do pewnego stopnia w nieświadomości. Przekazywaliśmy sobie informacje zasłyszane w Radiu Wolna Europa, ktoś jechał na Wybrzeże, przywoził wiadomości z pierwszej ręki, które, powtarzane z ust do ust, pęczniały, urastały do rozmiarów zapierających dech w piersiach. I cały czas pytaliśmy sami siebie: „kiedy zaczną strzelać?”. 

Żyliśmy jak w gorączce. Kiedy 14 sierpnia stanęła Stocznia Gdańska, nie wierzyliśmy własnym uszom. A jeszcze większe zaskoczenie przeżyliśmy, kiedy w trzy dni potem, 17 sierpnia, robotnicy, już pod przewodnictwem Lecha Wałęsy, sformułowali 21 postulatów strajkowych, wśród których znalazło się żądanie powstania wolnych związków zawodowych. Trzeci punkt listy postulatów mówił: Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań. I to było jedną z najbardziej niezwykłych rzeczy tamtych czasów – żądanie wolności słowa, żądanie zniknięcia cenzury. 

Oczywiście, cenzura jeszcze przez długi czas miała się dobrze. Natknęłam się na nią w pracy, którą niedługo rozpoczęłam i czytając gazetowe szczotki z powykreślanymi zdaniami, nie wierzyłam własnym oczom. Składałam później te obrobione już szczotki w małe kwadraciki i potajemnie wynosiłam z redakcji. 

20 lat później, jako studentka School of Library and Information Studies, stałam przed moimi kolegami z klasy. Wymyśliłam, że jednym z moich projektów do kursu Freedom of Information będzie prezentacja na temat cenzury, na temat politycznej cenzury w moim kraju. Starałam się kanadyjskim kolegom wytłumaczyć jak opresyjna była komunistyczna władza, jak stłamszone było polskie społeczeństwo. Studenci słuchali z mdłym zainteresowaniem, choć dostałam oklaski i ktoś grzecznie zadał mi pytanie. Ale wiedziałam, że nie za bardzo rozumieli o chodzi…

Tymczasem mijała druga połowa sierpnia. Uczyliśmy się nowych nazwisk: Wałęsa, Walentynowicz, Gwiazda, Bujak, Borusewicz… Do tego doszły nazwiska do tej pory wyławiane z szumu zagłuszanych audycji. Niektórzy z moich kolegów jechali na Wybrzeże. Mariusz Wilk został współredaktorem biuletynu strajkowego. Potem został znanym pisarzem… Myślę, że uczył się pisania właśnie tam, w stoczni. Na Wybrzeże jechali wszyscy, którzy mogli, którzy przeczuwali, że dzieje się tam coś niezwykłego, coś, o czym nie śniliśmy nigdy przedtem. Władza ustępowała robotnikom. Władza ustępowała Polakom. 

26 sierpnia szłam ulicą Jedności Narodowej w kierunku mostu Warszawskiego. Ledwo powłóczyłam nogami. Żar lał się z nieba, ale nie było innej rady, musiałam wrócić do domu. To była już druga taka wycieczka tego dnia, bo rano zastrajkował Wrocław. Stanęły tramwaje, autobusy, a zajezdnia numer 7 stała się siedzibą komitetu strajkowego. Czy Wrocław stanął, bo mieszkańcy Wybrzeża pisali na wagonach jadących na Dolny Śląsk „Ruszcie się! Solidarność!”? Pewnie nie. Fala strajków ogarniała całą Polskę i musiała w końcu dojść do Wrocławia. Było to nieuniknione. Zresztą, we Wrocławiu od dawna działały podziemne struktury, organizował się ruch studencki, odbywały się potajemne wykłady. Nie pamiętam tego dokładnie, ale Leszek B. już był chyba w podchorążówce. Kilka tygodni potem dowiedzieliśmy się, że odmówił złożenia przysięgi, która mówiła o wierności Związkowi Radzieckiemu.

Tymczasem, ledwo żywa dotarłam na Karłowice. Zmęczona włączyłam telewizor. W Częstochowie na Wałach Jasnogórskich odbywała się msza święta. Kardynał Wyszyński namawiał do przerwania strajków, bo tylko tak można było rozumieć słowa o „rachunku sumienia” i „wspólnej odpowiedzialności”. Nie pamiętam, co sobie wtedy pomyślałam, ale wiem jedno – już nigdy nie myślałam dobrze o tym kostycznym mężczyźnie, polskim Savonaroli…

Pięć dni potem, w sali BHP, w budynku na terenie Stoczni Gdańskiej wąsaty mężczyzna w elastycznym golfie pod ciemną marynarką, jeszcze bez Matki Boskiej w klapie, dzierżąc kolorowy długopis ogromnych rozmiarów, podpisał porozumienie, które niewątpliwie stało się początkiem przemian społecznych i politycznych w Europie. Dziesięć lat później waliły się komunistyczne trony, rozpadały komunistyczne pałace, partyjni złodzieje uciekali w popłochu, otwierano więzienia, wypuszczano więźniów politycznych, odkrywano skalę przestępstw popełnianych na narodach. W sierpniu 1980 roku jeszcze nie wiedzieliśmy, co nas czeka – kolejne strajki, stan wojenny, ranni i zabici w grudniowe dni…  Natomiast wiedzieliśmy, że mamy nowego znajomego: Lecha, Leszka, Wałęsę – robotnika myślącego bardziej logicznie od niektórych filozofów, stoczniowego aktywistę, kumpla z charakterystycznym akcentem, charyzmatycznego przewodniczącego wolnych związków zawodowych, więźnia politycznego, laureata nagrody Nobla, wreszcie polityka i późniejszego prezydenta. Chłopskiego króla. Człowieka z żelaza.

Minęło 40 lat. Cztery dziesiątki lat to wielka rocznica, godna uroczystych obchodów. Rocznica, która powinna obchodzić cały, prawie 40 -milionowy naród. Tymczasem znów, jak czterdzieści lat temu, mamy telewizję, która nie pokazuje prawdy, która zakłamuje rzeczywistość, która za chwilę – myślę – przejdzie na czarno-biały system – jak wtedy. 

Siedzę więc przy moim nowojorskim biurku z takim samym nieporządkiem, jaki miałam 40 lat temu we wrocławskim akademiku i przypominam sobie tamten sierpień. Moja długotrwała pamięć pochowała szczegóły w różnych szufladkach, które, opornie, ale jednak otwierają się jedna po drugiej. Niemal czuję zapach parzonej wieczorami herbaty „Ulung”. Mijam się w drzwiach z sąsiadem, studentem prawa, który po latach okazał się TW i którego wtedy nasza radość dziwnie nie porywała. Idę przez rozgrzany słońcem most Warszawski, bolą mnie nogi i płonie mi serce.

Nie napisałam tego tekstu na samą rocznicę tamtych wydarzeń, która minęła niemal dwa tygodnie temu. Nie chciałam, żeby była to rocznicowa laurka, która ukaże się dokładnie w ten sam dzień, o tej samej dacie. Postanowiłam poczekać, napisać o Sierpniu 80 jakby bez okazji. Bo o tym, co się wtedy w Polsce stało, powinniśmy mówić śmiało i otwarcie, na co dzień. Wbrew oficjalnej propagandzie, wbrew próbom wymazywania gumką-myszką faktów. Na szczęście ta gumka do wymazywania, trzymana w pewnym warszawskim biurze przy Nowogrodzkiej, jest sparciała, kruszy się i nie wymaże ani ludzi, ani prawdy o tym, co się naprawdę wydarzyło w Gdańsku, w sierpniu, Roku Pańskiego 1980. 

W tym blogu, w moim pamiętniku, którego nie zaczęłam wiele lat temu, a czego do dziś żałuję, będę o tym czasami przypominać. I na koniec zacytuję tylko innego odważnego człowieka, który jest z mojego Wrocławia – Władka Frasyniuka:

„Jarek, pierdolisz! Nie było cię tam!”

Izabela J. Barry

Izabela J. Barry – absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego (filologia polska), MacEwan University (Library Management) i University of Alberta (Library and Information Studies). Od 2002 roku pracuje w szóstym największym systemie bibliotek publicznych w Stanach Zjednoczonych – Brooklyn Public Library. Jest również adiunktem w College of Staten Island (CUNY). W 1996 roku założyła i prowadziła przez następne cztery lata dwutygodnik społeczny „Widziane z Whyte Avenue”. Przez ponad dziesięć lat współpracowała z „Przeglądem Polskim” – dodatkiem kulturalno-społecznym do „Nowego Dziennika”, ongiś największej codziennej gazety wydawanej poza granicami Polski. Przez wiele lat prowadziła w tygodniku „Kurier Plus” stałą kolumnę 107 Norman, traktującą o książkach i wydarzeniach kulturalnych odbywających się w bibliotece na Greenpoincie. W ramach pracy zawodowej między innymi organizuje wydarzenia kulturalne oraz selekcjonuje tytuły do polskiej kolekcji BPL i NYPL.W wolnych chwilach tłumaczy poezję.

Poleć:

O Autorze:

Contributor

Materiał nadesłany do redakcji.

2 Comments

  1. Frasyniuk jest zbyt tępy, żeby objął przywództwo na opozycji. Kozakiewicz…ach patriota, po olimpiadzie wyjechał do Niemiec, żeby młodych hitlerjungen trenować. Czytałem, większość z tego co pani napisała to fantazje pisarskie i domysły.

  2. Katarzyna Lipowska on

    Czytam te Pani wspomnienia i przypominają mi się trcohę podobne i trochę inne – jak to w życiu – wspomnienia tych dni w moim życiu. Nie w tym samym miejscu, bo w Warszawie i w Gdańsku, ale… podobne klimaty. Dobre zakończenie – brawo, Frasyniuk.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.