Perwersja seksualna w Kościele – czyli zmiana reguły gry

0

Mam wrażenie, że już zdążyliśmy się przyzwyczaić do kolejnych „sensacyjnych doniesień” na temat pedofilii w Kościele i do przeświadczenia, że z tym „nie da się nic zrobić”. Myślę, że niesłusznie. Da się zrobić i to wiele, tylko trzeba chcieć.

Widzę, że coraz więcej ludzi naprawdę chce coś zrobić i robi. Do tych bieżących i polskich spraw chciałbym wprowadzić perspektywę historyczną, bo to właśnie poznanie przeszłości pozwala lepiej rozumieć teraźniejszość. Może nam w tym pomóc książka amerykańskiej historyczki Dyan Elliot, opublikowana w 2020 roku. Jej tytuł jest wymowny, The Corrupter of Boys. Sodomy, Scandal, and the Medieval Clergy, (Demoralizator chłopców. Sodoma, skandal i średniowieczny kler), o której znany obrońca ofiar przemocy seksualnej kleru wobec nieletnich, amerykański dominikanin Thomas Doyle napisał, że ona zmienia reguły gry. Tytuł wymowny, ale niejednoznaczny.

Sama Dyan Elliott jest wykładowczynią na Wydziale Humanistycznym i Historycznym Northwestern University w Chicago. Wcześniej opublikowała dwie inne książki: The Bride of Christ Goes to Hell: Metaphor and Embodiment in the Lives of Pious Women,200-1500 oraz Fallen Bodies: Pollution, Sexuality, and Demonology in the Middle Ages.Podobnie jak jej najnowsza książka są solidnie udokumentowane źródłami z epoki.

Przeglądając jej najnowszą książkę, jak i dołączoną do niej prawie 50-stronicową bibliografię i obszerne, liczące blisko 100 stron przypisy, miałem nieodparte wrażenie, że chrześcijaństwo nie tylko ma problem z seksualnością, ale dokonało na niej perwersyjnego eksperymentu. I to ono właśnie jako religia jest głównym oskarżonym, czyli tytułowym demoralizatorem chłopców. A może, ściślej rzecz ujmując, hierarchiczna struktura Kościoła katolickiego, której korzenie sięgają głębokiego średniowiecza, a nawet wręcz pierwszych stuleci, kiedy przemożny wpływ na kształtowanie ideologii katolickiej zyskali bezżenni mężczyźni. Oni to właśnie, wypierając własną seksualność narzucili chory ideał wstrzemięźliwości seksualnej innym, zwłaszcza zakonnikom i duchownym, którzy zresztą od samego początku mieli z tym problemy. A co gorsza swoje potrzeby seksualne zaspokajali często w perwersyjny sposób. A w tle była nieufność nie tylko wobec erotyki, ale wobec ciała w ogóle.

Pisał o tym wiele lat temu Peter Brown w znakomicie udokumentowanej książce Ciało i społeczeństwo. Mężczyźni, kobiety i abstynencja seksualna we wczesnym chrześcijaństwie, którą chciałbym przypomnieć, bo stanowi szersze tło dla wspomnianej książki Dyan Elliot. Otóż Peter Brown, protestancki teolog pochodzący z katolickiej Irlandii nie jest obcy polskiemu czytelnikowi. W 1991 roku ukazał się jego barwny fresk Świat późnego antyku. Od Marka Aureliusza do Mahometa, a dwa lata później biografia najsłynniejszego bodaj z zachodnich Ojców Kościoła Augustyna z Hippony. Obie pozycje należą do wczesnych prac Browna i stanowią przykład znakomitego użytku z imponującej erudycji, która służy rozumieniu właśnie. Ciało i społeczeństwo to próba spojrzenia na początki chrześcijaństwa z perspektywy najbardziej bodaj intrygującej – z pozycji cielesności, poddanej dość szczególnej reinterpretacji, której skutki odczuwalne są do dzisiaj. Jest rzeczą ciekawą, iż to nie nauczanie Jezusa, lecz Pawła należy uznać za fundament chrześcijańskiego spojrzenia na ludzkie ciało i na seksualność w ogólności. Nie dziwi więc, iż to właśnie autor Corpus Paulinum zajmie poczesne miejsce w historycznej wykładni.

Książkę Browna cechuje szczególne połączenie oświeceniowego racjonalizmu i ironicznego dystansu wobec wybujałości chrześcijańskiej pobożności omawianego okresu. Przy okazji warto zaznaczyć, iż polski tłumacz znakomicie sprostał owej stylistyce ofiarując polskiemu czytelnikowi prawdziwą ucztę językową. Język Ireneusza Kani nie tylko wiernie oddaje myśl autora, lecz pozwala autentycznie radować się smakowitymi figurami retorycznymi określającymi zarówno styl, jak i życie bohaterówCiała i społeczeństwa. Ich życie stanowiło osobliwe połączenie wiary w zbawcze działanie Jezusa Chrystusa z przekonaniem, iż ludzka odpowiedź winna rozsadzać zastane formy życia społecznego. Tak zrodził się mnisi ideał ucieczki od grzesznego świata – fuga mundi –który stanowił realne zagrożenie dla życia miejskiego zwłaszcza. Stąd konieczność zakreślenia ostrych granic pomiędzy grzesznym miastem i anielską pustynią.

Nie były to wszak przestrzenie całkowicie odseparowane; wprost przeciwnie, istniał cały system wzajemnych odniesień, który przydawał życiu w mieście osobliwego smaku (zawsze można było z niego uciec!), a mieszkańcom pustyni – „naszym aniołom” – istnienie miast uświadamiało wzniosłość ich powołania. Brown kreśli barwną panoramę owych napięć istniejących pomiędzy tymi dwoma światami w porządku chronologicznym i z uwzględnieniem różnic geograficznych. Jest to o tyle ważne, iż powstające chrześcijaństwo z trudem i stopniowo tylko przenikało do struktur miejskich, przez wieki współżyjąc niezmiernie zgodnie z pozostałościami świata pogańskiego, a nawet więcej, zyskiwało na znaczeniu dzięki adaptacji tych pozostałości do własnych celów.

Przy tym niemal na każdej stronicy Peter Brown przypomina Czytelnikom jak bardzo te odległe czasy współkształtują oblicze dzisiejszego chrześcijaństwa. Możemy dodać, iż zapewne nie jest dziełem przypadku, że teolog Joseph Ratzinger w tak przemożnym stopniu określający przez ostatnie dziesięciolecia doktrynę katolicką, w jednym z najbardziej wpływowych Ojców Kościoła Zachodu widzi swego mistrza – w Augustynie z Hippony. Jest więc rzeczą ważną, iż książka Browna pokazuje jak bardzo boskie nauczanie Augustyna uwikłane jest w nader ludzkie ograniczenia.

A wszystko zaczęło się od fatalnego dziedzictwa Pawła z Tarsu, od niego więc zaczyna swoją opowieść Brown.

Ale może przed tym nader trzeźwa uwaga z zakończenia książki:

Powinniśmy wszelako pamiętać, że śledzimy losy szczupłej i krzykliwej mniejszości w łonie społeczności społeczeństwa starożytnego, zmieniającego się bardzo powoli. Nawet mniejszość była podzielona w swych opiniach. Wczesny Kościół był tak twórczy dlatego, że jego najbardziej elokwentni przedstawiciele nader często nie zgadzali się z sobą nawzajem.

Jest to uwaga o tyle istotna, że zwykliśmy postrzegać początki chrześcijaństwa poprzez idealizujące okulary; bądź to przez pryzmat męczenników, ginących na arenach ku uciesze pogańskiej gawiedzi, bądź z perspektywy subtelnych teologicznych dysput. Jedno i drugie niewątpliwie było częścią tej historii, ale było jej marginesem. Podobnie kontrowersje wokół seksualności emocjonowały mniejszość. Zdecydowana wielkość była ich całkiem zwyczajnie nieświadoma. Podobnie jak to się dzieje i dzisiaj.

Tak więc św. Paweł był u początków. Peter Brown nie tylko poświęca mu sporo uwagi w swojej książce, ale ciągle wskazuje na nawiązania i kontynuacje Pawłowych koncepcji. Paweł z Tarsu, podobnie zresztą, jak i Jezus z Nazaretu, był do gruntu przeniknięty judaizmem ówczesnej Palestyny, ale jednocześnie w sobie tylko właściwy sposób wskazał na osobliwe rozdarcie człowieka poddanego woli Bożej:

Żaden żydowski autor nigdy z taką udręką jak Paweł (w słynnym rozdziale swego Listu do Rzymian) nie wyczuwał nagiej siły oporu wobec Bożej woli, zakumulowanego w ludzkich sercu. Przedstawiał je on jako do gruntu stwardniałe, w stopniu, jakiego współczesny mu judaizm nawet nie podejrzewał.

A swoje intuicje przedstawił w sposób tak skondensowany, iż z łatwością poddawał się interpretacjom nader różnym. Krótko mówiąc, każdy mógł w listach Pawła wyczytać, to co chciał w nich znaleźć. Nie dziwi więc, iż można w nich nakreślić przyszły bieg myśli chrześcijańskiej na temat osoby ludzkiej.

A tyczyło to w sposób wyjątkowy pojęcia cielesności, które po Pawle nie było już pojęciem neutralnym, ale koniecznie kojarzyło się z czymś ułomnym i napełniającym lękiem.

Oczyma Pawła będzie patrzył zarówno Wschód, jak i Zachód, miasto i pustynia, bogaci i nędzarze; nikomu nie uda się wymknąć spod jego uciążliwego ciężaru. Sposoby pokonywania ciała i jego pokus będą jednak różne, zależne od miejscowych tradycji i konkretnych możliwości. Na Wschodzie, gdzie pustynia zdawała się przeważać doszły do głosu sposoby nader egzotyczne i budzące na zorientowanym praktycznie Zachodzie, po prostu i zwyczajnie, zgorszenie. Zarówno Ambroży, jak i jego uczeń Augustyn potrafili wprząc seksualność w służbę społeczeństwa, nieodwołalnie kojarzonego z dobrem Kościoła. Zwłaszcza Ambroży jako nieodrodny syn rzymskiej arystokracji i zapewne dzięki wewnętrznej znajomości społecznej struktury Imperium Romanum, potrafił narzucić nowy ład, również cesarzom:

W zamian za posłuszeństwo nakazom Kościoła podsuwał cesarzom ponętny miraż zachodniorzymskiego społeczeństwa zjednoczonego w niezachwianej lojalności wobec jednej, potężnej sprawy – Chrystusa i Jego prawdziwego, katolickiego Kościoła. Była to surowa i defensywna wizja świata, ale aż nadto dobrze trafiająca w nastroje, jakie panowały w północnej Italii w okresie 380-390 r., kiedy to pękła rubież dunajska, a seria wojen domowych wtrąciła cały region w stan permanentnej mobilizacji.

Zresztą równie ważne były predyspozycje osobiste samego Ambrożego, który dość skutecznie przeobraził się ze skutecznego gubernatora Ligurii w latach siedemdziesiątych w charyzmatycznego biskupa Mediolanu w latach osiemdziesiątych czwartego wieku. Postrzegał on świat jako zespół dychotomii, w których chrześcijanin musiał się odnaleźć:

Mamy do czynienia z człowiekiem, którego świat wyobrażony był systemem napięć. Tworzyły go serie potężnych antytez – chrześcijańskie-pogańskie, katolickie-heretyckie, prawda Biblii-‘świeckie’ domysły, Kościół-saeculum, dusza-ciało. Wszystko obmyślił sobie tak, że każda próba zatarcia bodaj jednej z antytez czy przełamania bodaj jednej bariery, tyczącej się nawet najdrobniejszych szczegółów małomiasteczkowego życia, jak choćby beztroskiej tolerancji dla mieszanych małżeństw na przedgórzach Alp, wprawiała całą resztę w rezonans w jego umyśle. Bycie chrześcijaninem katolikiem oznaczało podtrzymywanie absolutnego charakteru tych antytez; godzenie się na ‘domieszki’ było kalaniem ciała własnego i ciała Kościoła.

Jakże swojsko brzmią te antytezy; czyż we współczesnej wersji nie odnajdujemy ich w wizji „cywilizacji miłości” proklamowanej przez Kościół przeciwstawianej „cywilizacji śmierci”, jakiej oddaje się świat poza Kościołem? Jej korzenie można odnaleźć u energicznego biskupa Mediolanu w IV wieku.

W tym samym czasie, gdy Ambroży zarządzał Mediolanem, synod rzymskiego duchowieństwa wydalił z miasta dalmatyńskiego księdza Hieronima. Nawet jeśli powody nie są zbyt jasne to wydaje się, iż nazbyt złośliwe pióro ascety wystarczyłoby, by się go pozbyć po śmierci papieża, który go osłaniał. I trudno się dziwić, poglądy Hieronima widocznie daleko odbiegały od pragmatycznie nastawionego kleru. Poza tym zupełnie wyjątkowy sukces duszpasterski pośród bogatych matron rzymskich nie wszystkim się podobał. A jednak to poglądy tego krewkiego miłośnika samotności zdominowały myślenie chrześcijaństwa o ciele:

Ludzkie ciało było dla Hieronima mrocznym lasem, pełnym ryczących dzikich bestii, dającym się kontrolować jedynie poprzez ścisłą dietę i rygorystyczne unikanie okazji do podniet seksualnych. Żaden, bodaj największy trud ascetyczny, żadne też wspólne intelektualne uniesienia nie mogły tego faktu przesłonić.

I to właśnie Hieronim:

Poprzez swą egzegezę Apostoła [Pawła S.O.] przyczynił się, w stopniu większym niż którykolwiek inny współczesny mu autor łaciński, do ostatecznej seksualizacji Pawłowej koncepcji cielesności. Ciągle tak samo żywe odczucie seksualnego niebezpieczeństwa, tkwiące głęboko w cielesnej osobie, zaćmiewało wszystkie inne sensy cielesności.

Przy okazji Brown koryguje dość rozpowszechnione przekonanie, iż to Augustyn stał się głównym autorytetem w nieufnym spojrzeniu na cielesność. Praktyka okazała się zupełnie inna. Jako biskup w Hipponie, Aukustyn okazywał znacznie więcej zrozumienia dla ludzkiej słabości (również seksualnej), niż by to wynikało z jego pełnych pasji oskarżeń, jakie kierował pod własnym adresem w niezapomnianych Wyznaniach:

W odróżnieniu od krewkiego Hieronima, a nawet od Ambrożego, Augustyn z wyjątkową ostrożnością starał się w częstych, cierpliwych egzegezach listów Pawła wykazywać, iż cielesność to nie całkiem po prostu ciało; cielesnością jest wszystko, co wiedzie ludzką jaźń do przedkładania własnej woli nad wolę Boga.

W każdym razie jakże daleko jesteśmy od harmonijnej wizji listu anonimowego autora Listu do Diogeneta z II wieku, który dostrzegał świat jako ziemię obcą, a jednak jedyną, w jakiej przyszło chrześcijaninowi żyć. Wiek IV będzie miał ambicję nie tylko przemiany tego świata, ale stopniowego podporządkowania go Miastu Boga.

Jeszcze inną strategię przyjmie Wschód, któremu Brown poświęcił centralny rozdział swej pracy. Jest on też najobszerniejszy (124 strony!). Jest rzeczą ciekawą, iż to nie szczególnie negatywne spojrzenie na seksualność było przyczyną wagi, jaką do niej przywiązywano na Wschodzie, to raczej dostrzeżenie w ciele swoistej tajemnicy skrywającej klucz do rozumienia życia jako takiego obudziło falę zainteresowania, i to właśnie ono, jak się wyraził Jan Klimak, było „gliną podnoszoną przez człowieka na tron Boga”. Podobnie legendarny mizoginizm służył utrwaleniu podziałów pomiędzy miastem i pustynią. Brown widzi w niej element szerszej strategii pozwalającej na usytuowanie potężnego ruchu ascetycznego w późnorzymskim społeczeństwie.

Wracajmy teraz do nader specjalistycznej książki The Corrupter of Boys. Sodomy, Scandal, and the Medieval Clergy, która poza wspomnianym aparatem naukowych i odstraszającą ilość przypisów jest napisana niezwykle jasno i czytelnie. A wniosek jest jeden: średniowieczny kler miał nie tylko problem ze swoją seksualnością, ale była ona jego prawdziwą obsesją. Podobnie jest i dzisiaj. Dlatego czytanie takich właśnie książek jest niezwykle pouczające.

W czym rzecz? Otóż sprawy, które nas i opinię publiczną bulwersują od kilku lat, wcale nie są nowe. Wręcz przeciwnie, towarzyszą Kościołowi katolickiemu praktycznie od początku, a szczególnie od czasu wprowadzenia celibatu kleru w czwartym wieku. Jak napisał Doyle w swojej recenzji opublikowanej na łamach Nationa Catholic Reporter:

W mojej pracy jako sądowy ekspert i konsultant w skali światowej [przypadków pedofilii, jakiej dopuszczali się duchowni] miałem do czynienia wielokrotnie z obrońcami Kościoła, którzy twierdzili, że gwałty na chłopcach to zjawisko nowe. Otóż jednym z największych błędów przywódców hierarchii kościelnej – kontynuuje Doyle – jest przepastna ignorancja historii własnego Kościoła i niechęć do uznania prawdziwości faktów z przeszłości, kiedy są przedstawiane i niezdolność uczenia się z przeszłości.

Przechodząc do samej książki Elliott, Doyle pisze:

Ta książka pokazuje oczywiste paralelizmy pomiędzy okresem średniowiecza i czasami współczesnymi. To znacząca i bezcenna książka.

Mnie też tak się wydaje, tym bardziej że dobrze znam wiele innych publikacji samego Thomasa Doyle. Poza własnymi tekstami, które wyznaczają jak słupy milowe zmaganie się Kościoła amerykańskiego z plagą pedofilii kleru, Doyle jest znany również jako błyskotliwy publicysta i poszukiwany wykładowca. Każdy jego komentarz nie pozostawia wątpliwości, gdzie leży główny problem z pedofilią kleru. To wina systemu, który nie przestaje chronić sprawców i pozostaje głuchy na cierpienia ofiar. Nadszedł czas by o tym pisać i ostatecznie wyjawić mechanizm działania tego systemu i w ten sposób go systematycznie demaskować.

Jednym ze sposób jest uważna lektura wspomnianej książki The Corrupter of Boys. Jej tytuł po polsku nie brzmi najlepiej, ale dobrze oddaje jej treść. Tytułowym demoralizatorem jest sam Kościół, który nie tylko stwarza ramy umożliwiające systematyczne wykorzystywanie seksualne bezbronnych ofiar, ale nie robi nic, by ten proceder ukrócić.

Stanisław Obirek

Studio Opinii

Poleć:

O Autorze:

Stanisław Obirek

Prof. Stanisław Obirek, autor zaprzyjaźnionego z nami portalu publicystów Studio Opinii (studioopinii.pl), jest teologiem, historykiem, antropologiem kultury. Jest autorem wielu książek i artykułów. Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym, konsekwencjami Holocaustu i możliwościami przezwyciężenia konfliktów religijnych, cywilizacyjnych i kulturowych. Jest zaangażowany w dialog z innymi religiami (m.in. z judaizmem) i z niewierzącymi. Jest wykładowcą Uniwersytetu Warszawskiego w Ośrodku Studiów Amerykańskich. W 1976 roku wstąpił do zakonu jezuitów. Jesienią 2005 ogłosił, że występuje z zakonu i rezygnuje z kapłaństwa. Przyczyny tej decyzji wyjaśnił w książce "Przed Bogiem".

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.