Pokarmy smakoszy (i milionerów, którzy ich udają) (2)

0

Z cyklu: Ciekawostki

W tej części artykułu zacznę od dwóch produktów, których cena może lekko zaskoczyć Czytelników. Będzie to placek świąteczny i najdroższe wino.

Placek przyozdobiony diamentami

To placek owocowy. Upiekł go cukiernik z Tokio Jeong Hong-Young. Zajęło mu to kilka godzin, ale wystrój aż pół roku. Przyozdobił go 223 diamentami ważącymi 170 karatów, wśród których największy w formie serca ważył 5 karatów. Myślał, że takie cudeńko ktoś natychmiast odkupi od niego, bo wycenił go nisko, na tylko 1,7 miliona dolarów, co miliarderów i niektórych milionerów nie zrujnowałoby finansowo. Gdy się nikt nie zgłosił, oddał placek do najelegantszego dużego domu towarowego Takashimaya w Tokio. Umieszczno go w obwarowanym elektroniką i stróżami przez 24 godziny na dobę  oknie wystawowym, by ktoś nie wybił szyby i nie ukradł cacka. Oczywiście ewentualny złodziej zrobiłby to nie w celu konsumpcji, ale ze wzgędu na diamenty.

Owocowy placek ozdobiony diamentami

Cukiernik przypuszczał, że taka wizualna reklama nie tylko wzbudzi zachwyt wobec jego dzieła, rozleklamuje jego firmę, ale i pomoże w znalezieniu nabywcy. Jak dotychczas, chyba taki się nie znalazł. Niejeden z potencjalnych kupujących może się boi, że jakiś niewydłubany z ciasta diament mógłby go udławić w czasie konsumpcji – co prawda ciało by się wzbogaciło, ale nie byłoby to zbyt korzystne, bo byłoby martwe – jedyną pociechą dla takiego odważnego bogacza byłoby to, że jego nazwisko weszłoby do słynnej Księgi Rekordów Guinnessa, w której odnotowuje się nie tylko największe przedmioty, zjawiska, imprezy, ale i te najbardziej nietypowe.

Cukiernik ciągle czeka na kupca, reklamuje, że podobne cudo, nawet wspanialsze, może stworzyć na zamówienie, a zamawiający podałby mu tylko sumę, którą chce wydać i rodzaj drogocennych ozdóbek. Nie wiem czy placek-cud jest ciągle w oknie sklepu, wiem natomiast, że jest niejadalny po tak długim czasie.

Najdroższe bordeaux

Wino to wyprodukowane zostało w winiarni Chateau Margaux, która funkcjonuje od kilku wieków aż do dzisiaj. Jest jedną z czterech we Francji, których najlepsze wina mają najwyższą cenę jako premier cru, które kosztuje 600-700 dolarów za typową butelkę 750 ml. Ale nie ono, lecz to sprzed ponad dwóch wieków jest najdroższe w tym chateau.

Trzeba się cofnąć do roku 1787, kiedy jeden z najsłynniejszych prezydentów Stanów Zjednoczonych Thomas Jefferson odwiedził miasto Bordeaux, zakochał się w jego wykwintnych winach i zamówił dla siebie we wspomnianej winiarni kilkanaście butelek. Wybuch Wielkiej Rewolucji Francuskiej i lata przedrewolucyjnych politycznych szaleństw uniemożliwiły dosłanie ich prezydentowi.

Dopiero w roku 1985 przy przebudowie piwnicy winiarni, w której przy niskiej temperaturze  przechowuje się wino, po rozbiciu jednej z jej ścian odkryto 12 butelek z lat 1789-94 z inicjałami „ThJ”, które bezbłędnie odczytano jako skrót imienia i nazwiska prezydenta. Winiarnia postanowiła odsprzedać te butelki. Sprzedawca win William Sokolin z Manhattanu zakupił jedną butelkę za pół miliona dolarów. Intrygowało go jak smakuje to wino, czy jest w pełni dojrzałe, a może zmieniło się w ocet – chyba wiedział, że obecne najtrwalsze czerwone wina osiągają pełnię dojrzałości w czasie od 50 do 60 lat, potem smakowo marnieją, a po wielu latach można się nimi podtruć. Intrygowało go, czy wino Jeffersona wyprodukowane kilkadziesiąt lat wcześniej zanim do Europy dotarła największa plaga winna filoxera wyniszczająca prawie wszystkie winorośle na świecie, jest trwalsze od obecnych, może nawet  ciągle w pełni dojrzałe.

Filoxera zapoczątkowana w Stanach Zjednoczonych na początku drugiej połowy XIX wieku, poprzez Anglię dotarła do  Francji w roku 1863 i do roku 1889 zniszczyła prawie wszystkie jej winnice. Spowodowała to mszyca o nazwie phylloxera vastatrix. Dotarła do wszystkich krajów winnych na świecie niszcząc dziewięć dziesiątych winnic. Nie dotarła tylko do małych przyzagrodowych  i górzystych winnic, jak na przykład w Chile. Trzeby było potem prawie wszystkie szczepy albo wymienić na nowe, albo zabezpieczyć te sprzed klęski różnymi metodami, między innymi szczepieniem zdrowych kłączy winnych do korzeni dzikich winorośli. Wspomnianemu właścicielowi drogiej butelki z winem nadarzyła się okazja by je wypróbować. Na jedną z uczt, na której celebrowano najlepsze wina bordeaux przyniósł swoją butelkę i przy odkorkowaniu jej zahaczył  o wystający ostry narożnik  drewnianego krzesła. Butelka pękła i wino się rozlało. 

Butelka była ubezpieczona na cenę kupna: 500 tysięcy dolarów. Niesprawność właściciela, a może i inne warunki pisane tak zwanym małym drukiem na dokumencie spowodowały, że ubezpieczalnia zwróciła mu tylko 225 tysięcy. Jego chyba bardziej smuciła nie strata pieniędzy lecz fakt, że nie dowiedział się i nie opublikował czy to wino było w pełni dojrzałe i ciągle pitne. Nie dotarłem do  informacji czy winiarni udało się sprzedać kilka innych lub wszystkie butelki, a jeśli tak, to chyba ich  kupcy doceniają bardziej to, że posiadają butelkę wina prezydenckiego, niż jak to wino smakuje. Moim zdaniem  – a coś niecoś wiem o winach – te przedrewolucyjne wina nie są zdolne otruć człowieka, bo są za młode by tego dokonać, ale są wystarczająco stare, by mogły zachować winny smak i zapach; przypuszczam, że obecnie to przestarzały rodzaj octu.

Butelki bordeaux Jefferson

Tuńczyk błękitnopłetwy

Wśród około dziesięciu odmian gatunków tuńczyka, które spędzają zimę w morzach tropikalnych, a latem w wodach zimniejszych, niewiele się między sobą różnią z wyjątkiem tuńczyka błękitnopłetwego, ale różnice są niewielkie, dlatego należy do tego samego gatunku. Główna różnica jest taka, że jest największy ze wszystkich, ma głowę stożkowatą, duży pysk, jego średnia długość to 2,5 metra, przeciętna masa ciała to około 350 kilogramów. Płetwy piersiowe ma dużo większe od płetw innych tuńczyków i to jest jeden z ważniejszych znaków w odróżnianiu go od innych. Jego mięso jest najsmaczniejsze z mięsa wszystkich innych tuńczyków. Dożywa do 30 lat, ale niewielu osobnikom to się udaje, bo jest intensywnie łowiony w Atlantyku i w oceanach Spokojnym i Indyjskim. Niektóre z tych, którym udaje się dorosnąć do wieku dojrzałego, są dużo większe, cięższe i dłuższe od podanych przeciętnych paramatrów. 

Jeden z największych tuńczyków złowiony wędką przez 14-latkę z Nowej Szkocji

Mój pobyt w Kanadzie zacząłem w Nowej Szkocji. W Halifaksie ukończyłem studia magisterskie, mieszkałem na wsi w pół drogi od miasta do jednej z największych turystycznych atrakcji prowincji,  Peggy’s Cove. Bywałem tam często, udało mi się przyjrzeć się z bliska tuńczykowi o wadze prawie sześciuset kilogramów, zbliżony wagą do największego tuńczyka złowionego w Atlantyku przy brzegach tej prowicji, który ważył 679 kg, był długi na 3,7 m. Tuńczyk w Peggy’s Cove był obsypany lodem wystawiony przez wiele dni właśnie w tym miejscu często odwiedzanym przez bogatych Amerykanów – była nadzieja, że ktoś z nich go kupi. Nie ma na ogół zwyczaju, by go kroić, sprzedawane są w całości. 

Mięso tuńczyka

Najsłynniejszą giełdą rybną na świecie jest ta w Tokio. Cena tych okazów każdego roku w przeliczeniu na kilogramy rośnie, bo jest ich coraz mniej w oceanach i są restrykcje dotyczące łowienia ich. I tak w roku 2009 zlicytowano młodego tuńczyka (128 kg) za ponad 100 tysięcy dolarów (to 819 USD za kilogram), w roku 2012 właściciel sieci restauracji sushi za 269-kilogramową rybę zapłacił aż 736  tysięcy USD, czyli 2736 dolarów za kilogram. Rok później ten sam właściciel kupił tuńczyka za około półtora miliona, czyli za około ponad 6400 USD za kilogram. Rekord pobito w roku 2019 , gdzie za 276-kilogramowego tuńczyka zapłacono 1,8 mln czyli ok. 6520 dolarów za kilogram. Wyobrażam sobie jak głęboko musi sięgnąć do kieszeni ktoś, kto w eleganckiej restauracji japońskiej zamówi danie z mięsa tuńczyka błękitnopłetwego; myślę, że ze wszystkimi dodatkami na talerzu, drogim napojem i obsługą kelnera musi uiścić około 10 tysięcy dolarów od osoby.

Tuńczyki na targu rybnym w Tokio

Zupa z ptasiego gniazda

Gdy wspomniany wyimaginowany gość w restauracji nie czuje się w pełni najedzony tuńczykiem, może  uzupełnić braki w żołądku tą zupą. Dla wielu ludzi jest rzeczą obrzydliwą, bo robiona z gniazd ptaka salangi (ang. swiftlet), a gniazdo to nie tylko jakieś gałązki, suche liście, ale spojone w twardą muszlę jego śliną i  ta ślina odpowiedzialna jest za smak dania.  Ponieważ tych ptaków jest niewiele, budują gniazda na niedostępnych klifach lub na samym szczycie wysokich drzew, są problemy z  dotarciem do tych gniazd, dlatego i posiłek jest drogi, tym bardziej że coraz więcej jest miłośników tej zupy.

Gniazdo z którego gotuje się zupę

Sprzedaje się zmielone gniazdka na wagę za około 2800 dolarów za kilogram. O upodobaniach i smakach ludzi nie dyskutuje się, więc nic więcej na ten temat nie powiem. Znam swoje upodobania smakowe: wyobrażam sobie, że ta zupa byłaby dla mnie tak smakowita, jak opisana we wstępnym paragrafie pierwszej części artykułu kawa Kopi Luwak – ohyda.

Zupa z ptasiego gniazda

Marmurkowa wołowina Kobe

W japońskich restauracjach można zjeść szereg smacznych, eleganckich, subtelnie przygotowanych dań, często tańszych od wyżej wspomnianych. Ograniczę się tu do wołowiny. Pochodzi prawie wyłącznie od krów rasy Wagyu, jest wyjątkowo smaczna, poprzecinana drobniutkimi paskami tłuszczu, stąd wyglądem przypomina marmur. Zanim znajdzie się na patelni musi być „usuptelniana” przez wiele lat na żywej krowie. Krowy te od urodzenia poddane są specjalnej trosce. Są często masowane przez mechaniczne masowarki, a także nie tylko masowane ale i delikatnie czesane przez wytrenowanych masarzystów. Trzymywane są w absolutnej czystości. Karma jest smaczna, odżywcza, najwyższej jakości. Często, ale zawsze gdy są zestresowane, podaje się im piwo i sake, co nie tylko ma wpływ na ich dobre samopoczucie, ale także ma poprawiać wygląd i smak mięsa. W czasie pieczenia drobne białe żyłki powodują, że mięso staje się miękkie, podobnie jak mięso ryby.

Wołowina kobe

Eleganckie restauracje mają specjalistów,  którzy dodatkami do wołowiny czynią, że wnętrze półmiska wygląda elegancko i apetycznie. I tak na przykład może to być francuski chleb pieczony z dodatkiem szampana Dom Perignon, przyozdobniony pyłkiem czystego złota, serem włoskim cacciocavallo podolico, zrobiony z mleka krów, których jest niewiele na świecie, bo około 25 tysięcy, które można doić tylko przez dwa miesiące – przez 10 innych zamykają sklepiki. To tylko niektóre z dodatków do głównej potrawy. Samo mięso kosztuje około 750 USD za kilogram. Wysokość rachunku za posiłek jest różna w różnych restauracjach, mieści się w granicach od 2 do 3 tysięcy dolarów. W Europie plasterek szynki z tej wołowiny kosztuje 100 dolarów.

Górkie i iberyjskie szynki czekają na konsumentów

Czarna łapa

To tłumaczenie z hiszpańskiego i portugalskiego wyrażenia Pata negra. Chodzi o popularne oraz komercyjne określenie najdroższej i chyba najsmaczniejszej szynki na świecie. Z wielu kosztownych produktów żywnościowych kosztowałem kilka w maleńkiej ilości, czarną łapą zajadałem się codziennie przez prawie dwa miesiące w roku 1980 w Sewilli, w czasie uczęszczania na kurs języka hiszańskiego. 

Czarna łapa

To tylna część nogi z udem czarnej świni żyjącej tylko z kilku regionach wspomnianych dwu państw. Pata negra nie jest pieczona ani gotowana, po prostu zawieszona na haku w specjalnym szałasie wybudowanym najczęściej na wierzchu gór – tam słońce, wiatr, czyste powietrze przez rok do trzech czynią ją jadalną. Przez kilka tygodni mała świnka karmiona jest jęczmieniem i kukurydzą.  Potem wypuszczana jest do lasu, gdzie się żywi trawą, ziołami, korzeniami, żołędziami i kasztanami.

Czarne świnki

Na jakiś czas przed ubojem świnia poddana jest ścisłej diecie z oliwek, kasztanów i przede wszystkim żołędzi. Im więcej żołędzi, tym smaczniejsza szynka – ta najbardziej droga i ceniona nosi nazwę jamon iberico de bellota (iberyjska szynka z żołędzi), wtedy świnia spaceruje tylko po lasku dębowym i żywi się tym co najbardziej lubi, żołędziami i tylko nimi jej karmiona w okresie tuczenia przed ubojem. Potem łapę soli się, czyści, odcina kawał nogi z kopytem i suszy przez kilka tygodni i wiesza na hakach we wspomnianym szałasie, gdzie bez dalszej ludzkiej interwencji staje się szynką. Słowo iberico pochodzi od nazwy półwyspu, nie kraju, bo jest także w niewielkich ilościach produkowana w Portugalii.

Iberyjska szynka w plasterkach

Tańsza szynka, tworzona tą sama metodą pochodzi ze świń białych: lokalnych i importowanych. Też smaczna, ale nie dorównuje iberyjskiej. Ma nazwę jamon serrano: nazwa pochodzi od sierra, czyli łańcucha górskiego, co podkreśla fakt, że tak jak ta słynniesza i droższa też dojrzewa w górach. Szynki te krojone są na plasterki nożem, tyle ile potrzeba, reszta zostaje na łapie. Te wspomniane dwa rodzaje szynki serwuje się w kawiarniach, których jest wiele na prawie każdej ulicy, nawet więcej niż we Włoszech. Ponad 13 tysięcy ton tej szynki konsumuje się w kraju, a jeszcze więcej wysyła się za granicę. Głównym odbiorcą są Stany Zjednoczone, szczególnie tej najdroższej i najsmaczniejszej. Ceny podwajają się co kilka lat, bo produkcja nie nadąża za zapotrzebowaniem. W Stanach Zjednoczonych i Kanadzie cena całej łapy to prawie 5 tysięcy dolarów, kilogram plasterków to 600 do 1000 dolarów. Costco, Amazon i inne większe firmy sprzedają tylko całe łapy. Bogaci restauratorzy i organizatorzy wielkich przyjęć mogą sobie pozwolić na kupno takiej niekiedy kilkunastokilogramowej łapy. Posiłek z głównym składnikiem tej szynki jest bardzo drogi.

Ja w kafeterii za jej kilka plasterków dość cienkich, ale przez nie nie było widać słońca, razem z kawą  płaciłem tylko około 5 dolarów, ale to było 40 lat temu, w kraju jej produkcji. Koneserzy chwalą jej przyjemny i delikatny smak i zapach, wygląda jak marmur, podobnie jak wspomniana wołowina japońska Kobi. Mimo tego, że nie jest gotowana lub pieczona, nie ma problemu z gryziemiem jej, po prostu rozpływa się w ustach. Dostępna jest także w Kanadzie i w Polsce – przynajmniej raz w życiu warto ją spróbować. Zapewniam, że będzie bardzo smakowała.

                                                                     Władysław Pomarański

(Dokończenie za dwa tygodnie w piątek)

 

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.