Pokarmy smakoszy (i milionerów, którzy ich udają) (dokończenie)

0

Z cyklu: Ciekawostki

Część 1

Część 2

Kawior

Jednym z najpopularniejszych drogich pokarmów jest kawior. Rosja jest uważana przez wielu za odkrywcę tego specjału i do dzisiaj uważany jest za narodową potrawę tego narodu. Fakty są inne: był znany i spożywany wcześniej w innych krajach, szczególnie w Azji Mniejszej, a chyba najwcześniej w dawnej Persji, obecnym Iranie. Nazwa pochodzi z języka tego kraju, a Rosjanie nawet nie używają tej nazwy – dla nich ten specjał to po prostu ikra, czyli jajeczka ryby.

Do niedawna wiedziałem o dwu typach kawioru: czarnym z jesiotra i czerwonym z łososia. Kilkanaście lat temu zwiedzając z żoną Francję zatrzymaliśmy się na kilka dni w Awinionie, który przez około sześćdziesiąt lat XIV wieku był stolicą papiestwa. W oddaleniu kilku kilometrów od miasta, przy skrzyżowaniu dwu ważnych autostrad znajduje się supermarket, największy, jaki w życiu widziałem.  Tu po raz pierwszy w życiu zobaczyłem szereg produktów nie tylko jadalnych, a wśród nich kilkanaście różnorakich kawiorów nie tylko w puszkach lub słojach, ale w dużych otwartych pojemnikach sprzedawanych na wagę: są pasteryzowane, by dłużej zachowały swą świeżość. Były w różnych kolorach, nawet białym, a czarne i czerwone miały różne odcienia. 

Kawiory na blinach

Kawior to solona ikra ryb z gatunku jesiostrowatych, łososiowatych, nawet dorszowatych (kawiory norweskie), oraz ulubiony przez Francuzów kawior z jajeczek ślimaka: jego oryginalna nazwa to caviar d’escargots. Według niektórych znawców przedmiotu można do wymienionych typów kawioru dołączyć jeszcze kawior złocisty z pstrągów. W niektórych krajach świata kawior to solone jajeczka każdej ryby, no ale to już bardzo mocno naciągane.

W Polsce mieszkałem na stałe do trzydziestego roku życia. Zaraz po wojnie jako dzieciak miałem skarbonkę zarobionych własnych pieniędzy i nie musiałem prosić o kieszonkowe rodziców. Zbierając wczesnym rankiem ślimaki, odsprzedawałem je w punkcie skupu, a one natychmiast trafiały do  przetwórni (na mięso), a w większych zakładach także do produkcji kawioru z ich jajeczek. Polak tych rzeczy nie tykał, wszystko było eksportowane do Francji, podobnie jak w jeszcze większych ilościach  żabie nóżki, też pogardzane przez Polaków, bo nie tylko dorosłym, ale i dzieciom nie mieściło się w głowie, jak coś takiego może być smakołykiem.  Polska była chyba jedynym dostawcą tych produktów do Francji – czy jeszcze jest, tego nie wiem. W popularnym pogardliwym słownictwie Polaków  Francuzi to żabojady, a bywają też nazywani mniej znanym powiedzonkiem w niekórych regionach Polski: ślimakożercy.     

Choć, jak wspomniałem, kawior był znany dużo wcześniej w innych krajach niż Rosja, był to produkt  prawie wyłącznie spożywany właśnie tam. Rosja zaczęła go eksportować, dlatego stał się kulinarnym emblematem Rosji. Znany był w tym kraju od XII wieku, początkowo trzymany w tajemnicy przez rybaków. Wieść o nim dotarła do cara Rosji Iwana IV Groźnego (faktycznie Okrutnego, bo wymordował  tysiące swych poddanych bez ich winy, a pierwszą żonę tak skatował, że poroniła – za to, że włożyła suknię, która mu się nie podobała, a gdy drugi jego syn, też Iwan, wstawił się za matką, zamordował go). Dowiedział się o kawiorze, smakował mu i od tej pory jesiotr i jego ikra stały się częścią kremlowskiego jadłospisu. Car Piotr I (1672-1715) upaństwowił przemysł kawiorowy i za jego główną siedzibę obrał Astrachań położony w delcie Wołgi, oddalony o 100 kilometrów od Morza Kaspijskiego. Do dzisiaj to stolica tego przemysłu w Rosji.

Od ryb z rodziny jesiotrowatych pochodzi dużo smacznych kawiorów. Najsmaczniejszy, a więc najdroższy, to kawior z wielkiej ryby bieługi: dorosła waży około 1100 kg, a więc jest ponad dwa razy większa od najcięższego wyłowionego tuńczyka. Jej ikra ma wszelkie cechy czyniące ją królową kawiorów, a więc jest największa ze wszystkich innych ikr przerabianych na kawior, ziarenka są tej samej wielkości i idealnie kuliste, niesklejające się ze sobą, o kolorze srebrzysto-czarnym, prawie bez zapachu ryby. Rzadkością są bieługi albinosy, więc niewiele jest kawioru od nich – nie czarnego, ale białego. Ten jest najdroższym kawiorem, być może najsmaczniejszym.

Następne miejsce po tych dwóch zajmuje kawior z jesiotra zachodniego, a następne z dwóch innych jesiotrów: sewrugi i sterleta. Po nich jakościowo i cenowo jest kawior czerwony z kilku członków rodziny łososiowatych, a dalej plasuje się kawior złocisty z pstrągów. Wszystkie inne kawiory, włączając w to ten biały ze ślimaków zajmują dalsze miejsce w tej wyliczance.

Każdy kawior musi być solony w specjalnym urządzeniu, by był równomiernie rozprowadzony po ikrze, i najczęściej szczelnie zamykany. Im mniej jest słony, tym smaczniejszy. I tak ten zamykany w puszkach ma tylko 5 procent soli, w beczkach około dwanaście, a te niezamykane aż 25 procent – jak wspomniałem, muszą być dodatkowo pasteryzowane.

Bieługa

Kawior nie jest jedynym, ale najważniejszym pokarmem na talerzu. Kładzie go się (nie rozsmarowuje) na blinach, chlebie  i innych tego typu produktach. Czarny popija się schłodzoną wódką, koniakiem lub  szampanem, dla innych najodpowiedniejszym napojem jest białe wytrawne wino stołowe, a także szampan. Jest bogaty w prawie wszystko co organizm potrzebuje, a więc białko, węglowodany, duże ilości nienasyconych kwasów tłuszczowych, mikroelementy: sód, fosfor, cynk, jod, magnes, witaminy A, D i E. Wszysko to sprzyja zdrowiu, ale najbardziej cenny jest dla skóry, którą chroni od marszczenia się, czyni ją bardziej elastyczną, poprawiając jej jędrność. Niestety jest drogim, lub bardzo drogim produktem, a na dodatek ma dość dużo niekorzystnego dla zdrowia cholesterolu.

Ponieważ to bardzo korzystny biznes, coraz więcej krajów produkuje kawior. Poza Rosją i Iranem to Chiny, Izrael, Włochy, Madagaskar, Malezja, Mołdawia, Stany Zjednoczone, Kanada, Arabia Saudyjska, Hiszpania, Wielka Brytania, Urugwaj. Kraje, które nie mają dostępu do oceanów i mórz, a szczególnie do najbogatszego w różne ryby kawiorowe Morza Kaspijskiego, zakładają hodowle w sztucznie zasolonych akwenach wodnych takich jak jeziora, stawy, w zamkniętych odnogach dużych rzek itp.

Niezwykle trudno jest podać nawet przybliżone ceny kawioru. Oczywiście najdroższe są kawiory z białugi. Są prawie wszystkie szczelnie zamknięte w pojemnikach, niektóre w bardzo małych, nawet  półuncyjnych (pojemność płaskiej łyżki). Niektóre te najmniejsze dobrze rozleklamowane puszki kosztują ok. 100 dol., co w przeliczeniu na kilogram daje cenę 6600 dolarów. Biały kawior z białej białugi, dużo droższy od czarnego, można kupić w specjalistycznym sklepie w Londynie za jedyne 25 tysięcy dolarów. Część tej ceny to koszt opakowania, bo to czyste 24-karatowe złoto. Te czarne, nie z białugi, są tańsze, ale ciągle kosztują kilka tysięcy dolarów. Kawiory czerwone lub czerwonawe są dużo tańsze; pakuje się je w większe pojemniki i ceny wahają się od stu do kilkuset dolarów za kilogram. Nie podaję cen innych kawiorów lub podróbek od innych ryb (np. z ikry karpia, szczupaka)  poza jesiotrowatymi i  łososiowatymi, bo te produkty są prawie kompletnie nieosiągalne nie tylko w Polsce, ale i w Kanadzie.

Wanilia

Nazwę krzewu stworzył  przyrodnik Willem Piso w roku 1650. Brzmiała vaynilla (mały strączek), pół wieku później zmienił ją botanik o nazwisku Plumier na la vanille. Podobnie jak kawior wanilia nie jest pełnym pokarmem, ale ważnym produktem go wzbogacającym, jak choćby w lodach. W moich czasach młodzieńczych była chyba wyłącznie produkowana w Meksyku, bo tylko tam znajdowały się dwa rodzaje pszczół bezżądłowych którym, i okazyjnie kolibrom, udawało się dotrzeć do ich nektaru i przy tej okazji zapylić kwiaty. Jest jedną z roślin z rodziny storczykowatych.

Kwiat i owoc wanilii

Zanieczyszczenie powietrza i wyrąb puszcz spowodowały, że zapylacze prawie kompletnie wymarły i spotyka się je w niewielkich rojach w głębokich nietkniętych cywilizacją puszczach, więc ciągle jeszcze można w specjalistycznych sklepach kupić meksykańską wanilię, ale to tylko jednoprocentowa ilość na rynku. Po wymarciu prawie wszystkich owadów zapylających, wanilia zniknęła ze sklepów, aż do czasu gdy na Madagaskarze znaleziono sposób na zapylanie kwiatów tej rośliny. Oczywiście nie człek na nich siada, ale patyczkiem lub kolcem z drzewa cytrynowego manipuluje wewnątrz kielicha kwietnego zapylając kwiat. Ponieważ zapach wanilii jest bardzo lubiany prawie przez wszystkich ludzi, zapylanie patyczkiem przeniosło się początkowo na wyspy znajdujące w pobliżu Madagaskaru i nieco później do innych krajów. I chociaż jest to prawdziwa wanilia, to ciągle najbardziej pachnąca jest ta meksykańska, więc wniosek jest taki, że pszczoły są lepszymi zapylaczami od ludzi.

Chemicy wyprodukowali coś co pachnie nieco jak wanilia. Do wielu produktów jest dodawana, szczególnie tych tańszych. To czysta chemia. Największym producentem prawdziwej wanilii jest ciągle Madgaskar: około 3500 ton w roku 2012, Indonezja w tamtym roku wyprodukowała 3400 ton. We wspomnianym roku Chiny stworzyły 1350 ton tego produktu, a inne kraje dostarczają na rynek  poniżej 500 ton, i są to, w kolejności od większej ilości produktu do najmniejszej: Papua-Nowa Gwineja, Meksyk, Turcja, Tonga, Ugada, Francuska Polinezja i państwo wysepkowe położone między Madagaskarem i lądem afrykańskim, Komory. Wanilię kochali Aztekowie.Jej kwiatami, które pojawiają się na krzewach nie co roku, płacono podatki, a konkwistadorów częstowali napojem zwanym tlilxochitl, czyli czekoladą, w której maczano laski wanilii. 

Uprawa wanilii

Roślina wanilii należy do największej grupy kwietnej rodziny storczykowatych – to ponad 20 tysięcy odmian. Jest chyba największą rośliną tego biologicznego gatunku: rośnie na wysokość nawet do 15 metrów. 

Ostryga jadalna

To jedno z owoców morza z rodziny ostrygowatych. Łacińską nazwę ostrea edulis nadał jej sam Linneusz w słynnej książce Systema Naturae, dodając, że to najcenniejszy mięczak jadalny. Chroni się w dwuczęściowej twardej muszli. Jest ogromna ilość ostryg w rodzinie ostrygowatych, ale tylko ta jest pełnowartościowym pokarmem. Obecnie to pokarm luksusowy, lecz do końca XVIII wieku był to jeden z najtańszych popularnych pokarmów nie tylko wśród rybaków ale i ludzi biednych. Jednym z powodów jego popularności była nie tylko ich obfitość i smak, ale i to, że wystarczyło rozdzielić skorupki muszli i wyssać ich zawartość, czyli małża, bez obróbki kuchennej. Do dzisiaj prawdziwi  smakosze tak je spożywają – podawane są im w połówkach muszli, nie zważając na to, że czasy się zmieniły i na skutek zatrucia środowiska mogą mieć w sobie szkodliwe dla zdrowia bakterie i wirusy. Obecnie radzi się wygotowywać je w muszlach lub bez nich. Inni wolą zajadać się smażoną, zapiekaną, marynowaną, a nawet grylowaną ostrygą.

Jest najdroższym i najważniejszym pokarmem w bardzo popularnym daniu w wielu kuchniach krajów położonych nad Morzem Śródziemnym, popularnie zwanym owocami morza. W tym złożonym z wielu żyjątek morskich daniu jak krewetki, chomary, kalmary, ośmiornice i kilka innych jest najważniejszym dodatkiem nie tylko smakowym, ale najbogatszym wśród wszystkich produktów jadalnych we wszystko czego organizm potrzebuje. Ostryga ma dużą ilość białka, tłuszcz, węglowodany, osiem witamin od A do K, w tym pięć z rodziny B, obfituje w kilka kwasów tłuszczowych tak ważnych dla zdrowia, jak na przykład omega3, konieczne dla organizmu śladowe minerały i metale: dużo sodu i potasu, wapnia, magnezu, który jest naturalnym lekiem na skurcze, fosforu, cynku i żelaza. Podkreślam, że przyswajalne przez organizm żelazo znajduje się w miniaturowych ilościach tylko w niektórych pokarmach – jest ważne w zapobieganiu chorób krążenia, a szczególnie zawałów i udarów.  To nie wszystkie, ale najważniejsze dobre składniki tego niesamowitego pokarmu. Ma także w sobie tak zwany zły cholesterol LDL i dobry HDL. Każdy organizm ma je oba, bez nich niewyobrażalna jest przemiana materii, a więc życie. Gdy jednak LDL jest w nadmiarze, odkłada się w komórkach, a przede wszystkim w tętnicach i żyłach w formie tłuszczu, powoli blokuje przepływ krwi, ale ostryga wyksztaciła w sobie bardzo skomplikowany enzym, w nim bardzo nietypowy alkohol, który hamuje jego niszczycielskie skutki. Jest jednym z najlepszych znanych antyutleniaczy, piętnastokrotnie wyższym od najbardziej znanego, czyli witaminy E. To wszystko co podałem to sprawdzone i udokomentowane naukowo dane. Wielka szkoda, że ten wprost cudowny produkt z powszechnego stał się i staje się dość szybko coraz bardziej drogim rarytasem. 

Ostrygi w muszlach

Znano go już w starożytności w Egipcie i innych krajach. Rzymianom nie wystarczały tylko ostrygi  wydobywane z morza, zakładali ich hodowle w zasolonych stawach i jeziorkach. To był także ich produkt eksportowy nie tylko do innych krajów Europy, ale i do wielu plemion buszujących po Europie Wschodniej i Środkowej. Nawet w niektórych stanowiskach wykopaliskowych w Polsce odnajdowane są fragmenty muszelek jadalnych ostryg. Polskie dwory od początku XVII wieku szalały za ostrygami,  bo nastała moda, że polska elita często chciała być bardziej francuska niż Francuzi, kopiowała ich w wielu sprawach, a więc także w ich narodowej kuchni.

Ostrygi znajdowały się początkowo w wąskim pasie przybrzeżnym Oceanu Północnego począwszy od Norwegii, przez Morze Północne, europejskie wybrzeża Adriatyku. Dopiero na początku XX wieku pojawiły się w morzach Śródziemnym i Czarnym. Po II wojnie światowej udało się założyć ich hodowlę na zachodnich wybrzeżach Ameryki Północnej. Pierwszym potężnym atakiem na ostrygi było ich przełowienie. Czego w pełni nie dokonali ludzie, dokonała epidemia i to trzykrotnie w latach  dwudziestych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. I tak jeszcze w roku 1961 łowiono około 30 tysięcy ton tych małży na świecie. Od roku 2000 połowy to tylko przeciętnie 7 tysięcy ton rocznie. Trudno tak małym odłowem, plus tymi hodowanymi, obdarzyć coraz więcej ludzi na świecie i coraz więcej tych, którzy odkryli ich wartość odżywczą. Małże sprzedaje się na wagę w skorupach. Kilogram mieści się w cenie do 100 dolarów, ale to waga przede wszystkim skurup – ich mięso jest wielokrotnie lżejsze, a więc ich realny koszt to kilkaset dolarów.

Niewypały

Najbardziej spektakularnym z nich jest wspomniane wcześniej ciasto świąteczne za milion siedemset tysięcy dolarów. Nie znalazł się głupi, który by go kupił. Trochę więcej szczęścia miał ktoś, kto chyba chciał zakpić z bogatych półgłówków swoim hamburgerem i wyśmiać szał rozprzestrzeniania się tego towaru w świecie z szybkością pandemi. To nie był zwykły burger, to Douche Burger, zwany także Le Burger Extravagant. Nietrudno się domyśleć nie tylko z nazwy tego tworu, że jego twórcą jest Francuz.

Po zapoznaniu się z tym z czego się składa, potwierdziło się moje przypuszczenie, że to  kpiny z tego amerykańskiego jadła. Większość Francuzów nie lubi Amerykanów, a i twórca burgera-cudo chyba też. Cokolwiek od nich pochodzi to z góry złe. Doświadczyłem tego sam kilkakrotnie. Chciałem pociągiem najszybszym w tym czasie na świecie dojechać z Paryża do stolicy smakoszy Dijon. W kolejce po bilet spędziłem 2 godziny, by dojechać do tej miejscowości mniej więcej godzinę. Komputery w kasach co chwila się zakleszczały, ale nie było mowy by wymienić ich na sprawne amerykańskie, bo to rodzima produkcja, a tego się nie krytykuje. Wiele razy byłem we Francji i dopiero w czasie mojego ostatniego pobytu kilkanaście lat temu na jakiejś z boczych ulic zobaczyłem McDonalda, oczywiście pod inną nazwą, francuską. 

Co można znaleźć w tym drogim hamburgerze? A więc to japoński pasztet zrobiony z ich słynnej szynki Kobe pomieszany z francuskim foie gras – dziwaczne połączenie dwóch mięsnych  produktów. Są w nim jadalne bardzo cienkie złote listki. Nad listkami znalazł się kawior, homar, trufla, ser Gruyer polany szampanem, a także dziwaczny sos, w którym znalazła się najdroższa ohydna kawa Kopi Lowak, z którą rozprawiłem się wcześniej w poprzednim artykule. To dziwaczne nagromadzenie niepasujących do siebie składników, acz super drogich, to  prawdziwe arcydzieło cynicznego humoru! Znałem kiedyś sklepikarza, którego zapytałem, że jedną rzecz w sklepie widzę na półkach od bardzo dawna, czy nie warto opróżnić półki na coś innego. Powiedział mi spokojnie, że znajdzie się kiedyś głupi, co go kupi. Tak też stało się hamburgerem – znalazł się głupi co go zamówił i kupił: może amerykański turysta?! To był jedyny zakup tego „cudu”.

Inny mędrzec stworzył lody, których łyżka kosztuje “tylko” 816  dolarów. Ich nazwa to Black Diamond, sprzedawany w Scoopi Cafe w Dubaju. To upachniony madagaskarką wanilią z dodatkiem wyciągu z irańskiego szafronu i z czarnego włoskiego trufla, wszystko przykryte 23-karatowym złotym listkiem. Przypuszczał, że ten twór w jednym z najbogatszych miast świata powinien mieć wielu kupujących, ale niestety tylko dwa takie lody zostały sprzedane.

O innym przysmaku chyba tylko można pomarzyć, bo tworzony jest w małych ilościach. Pewna gospodyni – Szwedka posiada trzy łosie, a dokładniej trzy siostry łosice. Pozwalają się doić od maja do końca września i ma ona od nich każdego dnia 5 litrów mleka. Wyrabia z niego cztery rodzaje nieoryginalnych ale podrobionych serów, które smakują podobnie jak feta, do mocniejszego smaku blue cheese. Produkcja niewielka, rozchwytywana przez stałych klientów, którzy lubią w nich kremowy, delikatny, łagodny i nieco kwaśnawy smak. Nie wystarcza go dla innych, nawet na spróbowanie, więc muszą im wystarczyć marzenia. 

Kogo interesuje smak dojrzałej, a może nawet przejrzałej whisky niech kupi butelkę około siedemdziesięcioletniego Tullibardine. Celowo wyprodukowano tylko jedną baryłkę tego trunku przelanego do 60 butelek i ustalono cenę 41 tysięcy dolarów za butelkę. Butelki są kryształowe, stworzone na zamówienie u jakiegoś artysty.  Po co się męczyć z produkcją dziesiątek tysięcy butelek tego napoju, jeśli te 60 sztuk mogą przynieść te same dochody, a może i więcej jeśli się je nachalnie rozreklamuje. Reklama jest nachalna, ale popyt mininalny: niekiedy trudno przechytrzyć konsumentów.

Ciekawe i łatwe w wykonaniu jest nadawanie owocom nietypowych kształtów. Używa się do tego specjalnych plastikowych foremek. Owoc zamykany w nich, rosnąc, nie ma możliwości naturalnego uformowania i wypełnia wnętrze foremki. I tak kilogram kwadratowych jabłek, czy melonów w formie serduszek kosztuje dużo więcej niż kilogram uformowanych przez naturę. Takich cudeńków jest wiele w różnych krajach.

Najskuteczniej ogłupiają bogatych prostaków restauratorzy. Oto tylko jeden z kilkudziedzięciu wybranych przykładów.  W Nowym Jorku jest restauracja o nazwie Old Homestead Steak House oferująca danie za 76 tysięcy dolarów od osoby. To kilka kawałków japońskiej wołowiny Wagyu w formie lizaków, sos nasycony burbonem, tłuczony słodki ziemniak przyozdobiony czarnym kawiorem oraz inny kartofel, chyba z Wyspy Noirmoutier, z zagranicznym serem bez podanej nazwy. Wszystkiego są małe ilości,  bo na talerzu zbyt wiele się mieści. Naczytałem się na temat składników tego dania. To nie nadzwyczajny posiłek, smakosz uznałby go chyba za prymitywny zestaw. Zamiast steka z tej słynnej wołowiny podaje się jakieś mazidło, nie wiadomo czy nawet leżało przy niej, prawdziwa biała trufla została zastąpiona o trzy razy niższej wartości czarną. Po co dwa rodzaje kartofli na jednym półmisku. Myślę, że to wszystko razem z kosztami przygotowania i podania dania powinno kosztować nie więcej niż tysiąc dolarów, ale u bogacza byłby to rodzaj niedosytu, gdyby się dowiedział, że to takie tanie.

Foie gras

Pod koniec tej części artykułu trzeba mi się rozprawić z najbardziej dyskutowaną potrawą nie tylko w czasopismach naukowych i popularnych, ale przez międzynarodowe instytucje i ustawodawawstwa wielu krajów: chodzi o foie gras. (W tłumaczeniu na polski to tłusta wątroba, w oryginalnej wymowie fua gra). Oczywiście nikt nie będzie tak pospolicie nazywał drogiego pokarmu, który uważany jest miliony konsumentów za przysmak, dlatego w wielu językach świata używa się tego oryginalnego francuskiego wyrażenia. Raz go jedliśmy, żona i ja, podróżując po bezdrożach Doliny Loary. Cały dzień zwiedzaliśmy mniej znane zamki tej doliny, między innymi zamek w posiadaniu polskich właścicieli, Montrésor. Byliśmy głodni, nie było po drodze restauracji. W jakiejś wiosce przy domu mieszkalnym był napis z ofertą, że można się tu posilić. Pani domu powiedziała nam, że może nam podać jedynie to, co ma gotowe – foie gras. Znałem znaczenie tych słów, myślałem, że to żartobliwa nazwa, nic nie wiedzieliśmy poza tym, że w jego skład wchodzi wątróbka. Dowiedziałem się po powrocie do Kanady co to za jedzonko. Faktycznie nazwa dobrze określała posiłek, to była tłusta wątroba. To danie pochodzi od specjalnej rasy gęsi, rzadziej kaczek, których wątroby za ich życia powiększa się kilkakrotnie przez siłowe dokarmianie ich kukurydzą. Na kilka miesięcy przed zabiciem wpycha się karmę codziennie przez około piętnastocentymetrową rurkę przez dzioby do gardła gęsi czterokrotnie, kaczek dwukrotnie. Ptaki trzymane są w tak ciasnych klatkach, że nie nie mogą się poruszać, a tylko dziób z głową wystają w otworze poza klatkę. Zwierzaki nie potrzebują tej troski, przeciwnie: powiększona wątroba uciska im wnętrzności, co jest bolesnym doświadczeniem. To nie dokarmianie, to znęcanie się, które doprowadza do śmieci. Te ptaki tuczone nie umierają naturalnie, zabijane są wcześniej. Dobrze, że hitlerowcy nie wpadli na to, by w tak spektakularny sposób uśmiercać więźniów obozów koncentracyjnych ku uciesze zboczeńców.  

Foie gras

Foie gras ze względu na barbarzyńskie metody produkcji jest potępiane przez narodowe i międzynarodowe instytucje opieki nad zwierzętami i inne walczące z przemocą w świecie ludzkim i zwierzęcym. Rządy wielu krajów także potępiają ten przemysł i likwidują prawnie ten typ produkcji w swych krajach, ale prawie w każdym nich nie jest zabroniony import. Najwięksi dostawcy to obecnie Chiny, Francja i Quebec w Kanadzie. Produkcja jest zakazana w Australii, Indiach, Afryce Południowej, w Stanach tylko w Kalifornii i w około 15 krajach Europy, między innymi w Polsce, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Włoszech, krajach Półwyspu Skandynawskiego i kilku innych mniejszych terytorialnie. 

Gęsi hodowane na foie grass w naturze bez siłowego karmienia

Dziwna jest mentalność przeciętnego Francuza: wszystko co jest ich tworem musi być (a często nie jest) najlepsze, najelegantsze. Dziwaczne rzeczy i wydarzenia stały się świętością tego kraju, jak choćby zdobycie Bastylii, a dzień 14 lipca jest największym świętem narodowym Francji. Było to więzienie, ale w czasie wybuchu Wielkiej Rewolucji była to już tylko przechowalnia tych, którym nie chciało się opuszczać tego miejsca, bo mieli tam darmowy posiłek. Było ich tylko pięciu. Oficjalnie  czuwał nad nimi jakiś starzec inwalida wojskowy bardziej dbający o własne bezpieczeństwo niż tych  pięciu. Podobnie foie gras jak wiele innych produktów żywnościowych uznawane są prawnie za „kulturowe i gastronomiczne dziedzictwo Francji”. W kilku krajach można produkować foie gras mimo zakazu, gdy pochodzi z wątrób gęsi niekarmionych przez rurkę, czyli metodą zwaną gavage, ale tym co same uskubią na terenach trawiastych. Mają normalnie wielką wątrobę, smaczniejszą , bo nie przetłuszczoną, ale z tego powstaje mniej produktu spożywczego. Taką słynną farmą jest gospodarstwo E.S. Holma w prowicji Extremadura w Hiszpanii. 

Gęś tuczona na siłę

Francuzi nie zrezygnują z tłustej wątroby. By przyciszyć nieco falę krytycyzmu, od kilku lat pracuje się nad inną metodą powiększania wątroby. Wstrzykuje się w pisklę, zaraz po wykluciu się z jaja, osocze krwi zwierzęcej wypełnione bakteriami, które hamują naturalny proces przekształcania tłuszczu w energię, co powoduje osadzanie niespożytego na wątrobie. I tak jednym zastrzykiem wprowadza się bez możliwości odwrotu zalążek choroby wątroby, czyli jej nadmierne powiększanie. To okrutna metoda eksperymentalna, może już nawet reguła w niektórych wytwórniach foie gras. To nie ukłon w stronę poprawy bytu gęsi i kaczek, to jeszcze okrutniejsze barbarzyństwo od metody gavage, którą można zaprzestać i która trwa tylko kilka miesięcy. Ta metoda staje się chorobą od pierwszych dni życia gęsi lub kaczki do dnia jej uśmiercenia. Mam co prawda niewielką nadzieję, że odpowiednie władze Unii Europejskiej powstrzymają i potępią to szaleństwo.

                                                 Władysław Pomarański

 

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.